Kolegiata w Tumie – Gniazdo orła białego

Kolegiata w Tumie pod Łęczycą

Powiedzenie „cudze chwalicie, swego nie znacie” idealnie obrazuje to jakimi ignorantami jesteśmy my, Polacy wobec naszych zabytków. Być może jednak to nie do końca nasza ignorancja, a problem promocji? Przecież Polska jest dość dużym krajem i nie da się znać każdego zakątka! Trudno o tym rozstrzygać. Kolegiata w Tumie pod Łęczycą jest niewątpliwą perłą architektury romańskiej, a tym samym jedną z najlepiej zachowanych budowli tego typu na naszych ziemiach. Niestety to nie wystarczy, by przyciągnąć tu zasłużoną liczbę odwiedzających. Faktycznie położenie budowli na dalekim uboczu nie ułatwia sprawy, jednak czy zadaliśmy sobie do tej pory choć odrobinę trudu, by poznać nasz kraj? Ośmieliłbym się stwierdzić, że kolegiata w Tumie jest niejako kolebką polskości, naocznym świadkiem dziejów od początku istnienia naszego państwa aż po dziś dzień! Dlatego właśnie warto poświęcić kilka chwil z naszego życia, by poznać miejsce silnie związane z naszymi przodkami i w końcu z nami samymi.

Kolegiata w Tumie przez wieki

Historia obecnej kolegiaty całkowicie łączy się z założeniem prawdopodobnie najstarszego w Polsce opactwa benedyktynów. Chodzi tu o opactwo łęczyckie, którego pierwszą głową był Astryk-Anastazy, wspomniany w dokumencie Ottona III z 1001 roku jako Anastasius Abbas monasterii Sancte Marie Sclavanesis provincie. Najważniejszą postacią kojarzoną jednak z historią tego miejsca nie jest jego opat, a święty Wojciech oraz Bolesław Chrobry, który prawdopodobnie mógł ufundować klasztor pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny w 997 roku. Zakon od początku swej działalności powiązany był z regułą klasztoru na Awentynie we Włoszech, gdzie panowała asceza i prostota. Choć drugie wezwanie, świętego Aleksego, pojawia się w dokumentach znaczenie później podejrzewa się, że od początku było ono powiązane z zakonem w Łęczycy. Możliwe, że Astryk jako uczeń św. Wojciecha i mnich awentyński chciał wyrazić spirytualną koneksję z rodzimym klasztorem – świętych Bonifacego i Aleksego, stąd drugie wezwanie.

Wiódł on ciężki żywot w Edessie, codziennie z tą samą żebraczą misją ustawiał się pod drzwiami kościoła ze wzrokiem spuszczonym, jakby nieobecnym. Co jednak zebrał za dnia, nocą rozdawał biednym, bowiem tak podpowiadało mu serce. Ściśle przestrzegał postu i w każdą niedzielę przystępował do Komunii Świętej. Taki właśnie żywot wybrał dla siebie. Życie o suchym chlebie i wodzie w ilościach zapewniających przetrwanie, życie nędzarza. Po siedemnastu latach Bóg wystawił na próbę Aleksego i posłał go do domu rodzinnego z którego uciekł przed laty. Noc przed własnym ślubem obrał ścieżkę ubóstwa, gdyż nie dla niego było pławienie się w luksusach u boku niesamowicie pięknej wybranki.

***

Szesnaście lat spędził żebrząc pod drzwiami własnego domu, nierozpoznany przez nikogo zmarł pozostawiając list. Dzięki niemu jego najbliżsi poznali prawdę. Kiedy jego dusza opuszczała mizerne truchło, które przyszło jej zamieszkiwać, mirra i inne cudowne zapachy poczęły opuszczać owo truchło razem z nią. Jego ciało spoczęło w świątyni św. Bonifacego, a mityczne wydarzenia wokół zmarłego nędzarza zapoczątkowały niekończące się pielgrzymki i fantastyczne uzdrowienia.

Z samą konstrukcją obiektu związany jest również biskup płocki Aleksander, który oprócz Łęczycy działał przy budowie katedry właśnie w Płocku oraz przy budowie opactwa w Czerwińsku. Kolegiata w Tumie jest zatem niejako mieszanką tychże dwóch bazylik z ówczesną katedrą na Wawelu, która przypuszczalnie stała się wzorem dla łęczyckiego kościoła. Obiekt to niejako pomnikiem ruchu antycentralistycznego, przeciwko seniorowi Władysławowi II Wygnańcowi. W 1141 roku w Łęczycy odbył się zjazd książąt zorganizowany przez żonę Władysława, Salomeę w wyniku którego utworzono tu stolicę międzydzielnicową.

Kościół w Dietkirchen – perła architektury romańskiej w Niemczech.

Po ustąpieniu benedyktynów z Łęczycy w 1097 roku Władysław Herman przekazał klasztor w ręce arcybiskupa gnieźnieńskiego i właśnie wtedy kościół przyklasztorny przemianowano na kolegiatę. Prace budowlane przy obecnej świątyni rozpoczęły się około roku 1140, aczkolwiek data ta wyliczona została na podstawie średniego czasu, potrzebnego na konstrukcję kościoła w tamtych czasach. 21 maja 1161 roku odbyła się uroczystość konsekracji, która zebrała śmietankę ówczesnego świata, a pośród niej: Kazimierz Sprawiedliwy, Bolesław Kędzierzawy oraz Henryk Sandomierski (uczestnik wypraw krzyżowych do Ziemi Świętej).

Od 1180 roku przez 347 lat kolegiata w Tumie gościła 21 synodów, co zawdzięczała zapewne dzięki swojemu charakterowi obronnemu. W 1241 roku stała się schronieniem dla miejscowych przed Tatarami, a pod koniec XIII wieku została celem Litwinów, którzy finalnie w 1293 roku spalili budynek wraz z ludźmi wewnątrz. Wtedy też unicestwiono gród łęczycki, a jego pozostałości wciąż znajdują się nieopodal kolegiaty. Mieszkańców natomiast zabrano w niewolę lub z zimną krwią zamordowano. W latach 1306 i 1331 roku kościół odpierał jeszcze najazdy krzyżaków, a w 1705 atak Szwedów, który zdecydowanie pogorszył stan architektoniczny obiektu.

Na przestrzeni wieków kościół wielokrotnie przebudowywano, ale największych zmian dokonano pod koniec XVIII wieku w duchu klasycyzmu za sprawą Kajetana Sołtyka. Tragiczne losy dla budowli przyszły wraz z II wojną światową, kiedy to w jej pierwszym roku artyleria polska ostrzelała wieże kościoła, likwidując tym samym punkt obserwacyjny, a następnie została zbombardowana przez Luftwaffe. Po wojnie splądrowaną i spaloną konstrukcję chętnie postanowiono rozebrać. Na szczęście wkrótce wspaniałomyślnie uznano jednak, że mury, które przetrwały można było przecież uratować. Podczas prac mających na celu odbudowę blasku świątyni, w 1954 roku odnaleziono fundamenty dawnego opactwa benedyktynów. 11 VI 1967 roku kardynał Karol Wojtyła odprawił tu mszę świętą z okazji obchodów Milenium Państwa Polskiego.

Poznajcie także inny, piękny przykład romanizmu w Polsce – kościół NMP w Inowrocławiu!

Rzut i wyposażenie

Kolegiata w Tumie pod Łęczycą jest trójnawową bazyliką bez transeptu, zamkniętą trzema apsydami z których dwie na wschodzie wyznaczają a’la transept. Zachodnia część zaś charakteryzuje się dwoma wieżami pośród którymi mieści się apsyda. Z zewnątrz budowla praktycznie pozbawiona jest ozdób. Materiałem, który posłużył jako budulec jest granit eratyczny, umieszczony tylko od lica budynku oraz piaskowiec krzemienisty w miejscach w których użycie granitu nie było możliwe. Piaskowiec wykorzystano głównie do wykonania elementów dekoracyjnych i wykończeniowych oraz przede wszystkim portalu. Miąższ muru to natomiast mniej więcej 90 centymetrowa zbieranina polnych kamieni zalanych zaprawą wapienną. Nawy główna szczęśliwie przeszła w ciągu wieków niewiele zmian, jednak XVIII – wieczne wariacje przyczyniły się do tego, że kościół stracił swój romański, który odzyskał dopiero po II wojnie światowej.

Gruntowna przebudowa doprowadziła między innymi do podwyższenia wież oraz pokrycia ich hełmami, obniżono również ściany boczne i wprowadzono szereg zmian w rzucie przestrzennym począwszy na dekoracjach kończąc. Co ciekawe, rachunki z 1655 roku mówią o remoncie czterech wież kościelnych, zatem bardzo prawdopodobne, że dwie z owych wież są teraz apsydą północną i południową i jeśli nie spłonęły w którymś z licznych pożarów, to na pewno padły ofiarą wystroju klasycystycznego.

Swój gotycki styl zachowały natomiast nawy boczne pokryte sklepieniem krzyżowo – żebrowym po pożarze z 1473 roku, wsparte na pięknie zdobionych kroksztynach. Nad nimi rozciąga się piętro pełniące niegdyś rolę triforium, przebudowywane dwukrotnie w XV i również w XVIII wieku. Prawdziwym łącznikiem z przeszłością były charakterystyczne dla romanizmu małe okna, które jednak nie we wszystkich częściach pozostały nietknięte. Co istotne, wiadomo, że przed 1451 rokiem kościół był wewnątrz polichromowany, po dziś dzień zachowała się na przykład wielka, XII – wieczna polichromia przedstawiająca Chrystusa Pantokratora.

Romański kościół w Wierzbnej na Dolnym Śląsku – Piękna tragedia.

Najbardziej widocznym elementem architektonicznym ze wszystkich, jeśli chodzi o elementy niepasujące do stylu rodzimego, jest niewątpliwie kruchta zbudowana w duchu renesansu w roku 1569, przerobiona 64 lata później, która kryje arcydzieło pracy kamieniarzy – piękny, romański portal. Na szczycie kruchty umieszczono napis pozbawiający nas złudzeń, mówiący o tym kto jest autorem ochronki (proboszcz kościoła z Łasku – Trojan ze Slesina): „T.S.P.L. Hoc opus portice tenstitudinis olim R.D. Trojani de Slesin Praepositi Lascensis Ecclesiae expensis extructum 1569”.

Górna warstwa portalu została uszkodzona przez pożary na przestrzeni wieków, jednak reszta przetrwała w niemalże idealnym stanie. Dwie pary kolumn pokrywa gzyms przechodzący w abakus, który zamyka otwór. Na gzymsie umieszczono figury zwierząt, a dalej zaś rozciąga się archiwolta okalająca tympanon ze sceną Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem Jezus i krzyżem w rękach, adorowaną przez aniołów. Oprócz tej sceny niewyraźne pozostają jeszcze dwie spośród których stwierdzono, że jedna to scena Zwiastowania Maryi, natomiast drugą prawdopodobnie jest wieczerza w Kanie. W tympanonie trzeba koniecznie zwrócić uwagę na piękne zdobienia archiwolt wymyślnymi wzorami. Wspaniałą częścią dekoracji są oczywiście także rzeźby kolumn przedstawiające walczące zwierzęta (możliwe, że jest to gryf atakujący mityczne zwierzę ze spiralnym ogonem lub walka smoka z bazyliszkiem) na osi lewej oraz zwierzęta (byk lub koń) na osi prawej.

Stauroteka

Stauroteka jest rodzajem relikwiarza w którym przechowuje się relikwie Krzyża Świętego. Do lat 30 XX wieku, kiedy to Michał Walicki, którego książka posłużyła mi jako materiał do tego wpisu, poświęcił sporo miejsca właśnie temu „sprzętowi liturgicznemu” – jedynemu jaki zachował się z pierwotnego wyposażenia kolegiaty. W 1939 roku stauroteka łęczycka została niestety skradziona przez wojska niemieckie i ślad po niej zaginął. Dzięki książce Walickiego dysponujemy jednak szczegółowym opisem oraz zdjęciami tego najbardziej wartościowego przedmiotu z Tumu. Była to skrzynka z drzewa cedru pokryta srebrnymi blachami, złocona w ogniu. Jej front pokrywał scenę Ukrzyżowania, a boki zdobiły medaliony z popiersiami świętych. Oprócz tego skrzynka wysadzana była kamieniami szlachetnymi, perłami i szmaragdem.

Prawdopodobnie ta bizantyjska szkatuła wg. Walickiego została wykonana w Wenecji, a wzorowano się na stylu z Konstantynopola. Domniemano, że w Średniowieczu była ona wystawiona na widok publiczny w ołtarzu głównym, Świętego Krzyża. W 1999 roku, niejako na jej zastępstwo, do kolegiaty sprowadzono relikwie świętego Wojciecha, które spoczęły również w ołtarzu głównym, a relikwiarz skonstruowany został na kształt kolegiaty w Tumie.

Diabeł Boruta

Rzecz jasna, że tak wiekowy monument jak kolegiata w Tumie pod Łęczycą przez setki lat naturalnie obrósł legendami. Najsłynniejszą postacią, która pojawia się w podaniach jest bez wątpienia diabeł Boruta. Kim był ów? Otóż był on strażnikiem lasów mieszkającym w pniu sosny (staropolski: boruta – sosna). Pewnego razu człowiek ten miał pomóc samemu Kazimierzowi Wielkiemu, który ugrzązł gdzieś nieopodal Łęczycy na bagnach, a ocalony król nie omieszkał nagrodzić wybawcę tytułami i zaszczytami. Po śmierci już swego bezlitosnego pana ludzie wdarli się na zamek, aby najzwyczajniej w świecie go splądrować. Jak wielkie było ich rozczarowanie kiedy nic tam nie zastali… Dwa dni później zniknęło również ciało zmarłego, więc uznano że zamienił się w czarta, który strzeże zaginionych skarbów. Od tej pory w każdej niełasce pogody czy losu upatrywano się ingerencji złego Boruty. Twierdzono nawet, że mógł on przybierać formy najróżniejszych zwierząt – od kurczaka po konia.

Lubicie legendy? Zajrzyjcie na Ostrów Tumski do Wrocławia!

Jak możemy się domyślać, życie takiej persony nie mogło być nudne, więc jego historia to jedna wielka baśń. Właśnie egzystencją tej persony próbowali sobie mieszkańcy Łęczycy wytłumaczyć istnienie dziwnych śladów na jednej z wież. Całkiem na poważnie wierzono, że diabeł Boruta porwał ją pazurami z Łęczycy i upuścił 3 kilometry dalej. Badania archeologiczne nie przychylają się do tej tezy. Ani, ani. Były też historie miłosne i inne dziwy, ale chyba najbardziej znaną jest ta w której Diabeł Boruta chce wypędzić z wieży zgorzkniałego człowieka na którego duszę czyha. Pchał on tę wieżę tak mocno, że jedyne co zrobił to ślady, a jeśli chodzi o kupca na którego się zasadził – podobno dalej siedzi w wieży kościelnej… Diabeł Boruta zaś nie spuszcza budowli z oka raz po raz wabiąc do siebie niewinne dusze.

 

Źródła:

Powiązane wpisy:

14 komentarzyZostaw komentarz

  • Przestawione najwcześniejsze dzieje tego miejsca dotyczące m.in. św. Wojciecha, domiemanego opata Astryka i tak wczesnej fundacji spokojnie można włożyć między fikcję literacką.

    • Myślę, że wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę z tego. Większość to teorie stąd często używałem słów wyrażających prawdopodobieństwo. Zawsze to jednak ciekawy element o którym warto wiedzieć.

    • Myślę, że powiązanie tego miejsca z Piastami jest na tyle jasne, że nie ma potrzeby powtarzania tytułu w tekście. Jeśli jednak szuka Pan odpowiednika to jest nim kolebka polskości.

      • wiele miejsc jest powiązanych z piastami, tu użył Autor konkretnego odniesienia do orła białego i jego gniazda, są dwa wyjścia albo wypadało wspomnieć gniazdującego w okolicy orła, albo wspomnieć o orle na polichromiach/rzeźbie, o ile taki jest. Inaczej tytuł jest dziwaczny, bo oderwany od treści. NB do dziś nie wiadomo czy pierwsi Piastowie w ogóle orła jako znaku używali. Tak więc powiązanie tego miejsca z Piastami nie ma nic wspólnego z orłem. :)

        • Dziękuję za cenne uwagi Panie Andrzeju. Na pewno wezmę je pod rozwagę, a tytuły postaram się powiązać z treścią tak, aby nie było miejsca na wątpliwości. Pozdrawiam, Darek.

  • Diabeł Boruta, brr ;) Też jestem zwolenniczką zwiedzania Polski, mamy piękne tereny, zabytki i wspaniałe restauracje, a turystyka kulinarna też jest dzisiaj w cenie :)

  • Bardzo ciekawa strona o bezcennym zabytku i wielowiekowym świadku naszych dziejów, największym zachowanym romańskim kościele na naszych ziemiach. Mam tylko dwie niewielkie uwagi: po pierwsze w 1551 r. nie można mówić o jakimkolwiek najeździe krzyżackim, zresztą było już wtedy 26 lat po sekularyzacji zakonu w Prusach, a po drugie kruchta z 1569 roku została oczywiście wzniesiona w stylu renesansowym, barok dotarł do Rzeczpospolitej dopiero w czasach króla Zygmunta III Wazy.
    A dziś jest 21 maja 2016 r. – to dokładnie 855. rocznica konsekracji archikolegiaty. Z tej okazji jutro wybieram się do Tumu i Łęczycy :-)

    • Dziękuję bardzo za komentarz. Oczywiście, Panie Hubercie, ma Pan rację w obu przypadkach. Dokonałem stosownych zmian. Dziękuję bardzo za zwrócenie mi na to uwagi! 855 lat… piękna rocznica, oby kolejnych tyle przetrwała! :)

  • Mając na uwadze zniszczenia wojenne i powojenną odbudowę, w tym betonowy strop, trudno uznać ten kościół za najlepiej zachowaną budowlę romańską w PL.

Podziel się z nami swoją opinią!