Legendy Wrocławskie – Ostrów Tumski

Od X wieku Ostrów Tumski, enklawa księży i dostojników książęcych oraz siedziba Piastów Śląskich był największym grodem warownym na Śląsku, a jego losy na zawsze splotły się z powstającym poza granicami wyspy Wrocławiem. Zza plątaniny domostw urzędników i ich rodzin wyrastał zamek piastowski oraz katedra i choć miejsce to nie przypomina chyba w niczym tego grodu sprzed kilku wieków, echa przeszłości nie dają o sobie zapomnieć. Sami przyznacie, że Wyspa Katedralna, choć wyspą od dawna już nie jest, pozostaje wciąż tą niezwykłą i magiczną częścią miasta wzbogacając legendy wrocławskie o kolejne, niesamowite historie. Szczęśliwym człowiekiem jestem mogąc co wieczór wpatrywać się z okna w piękne wieże dawnego grodu nadodrzańskiego, ale nic nie równa się spacerom w świetle księżyca kiedy każdy element na wyspie pobudza wyobraźnię.

Most Zakochanych

-kłódki-

Wchodząc na wyspę nikt nie przejdzie obojętnie wobec setek wyznań miłości przytwierdzonych na wieki do konstrukcji żelaznego mostu. Przyjęło się, że na znak miłości młoda para w dniu swego zaprzysiężenia przybywa w to miejsce, by po górującym nad nimi łukiem mostu Tumskiego przypieczętować przysięgę pocałunkiem. Obrzęd ten ma zagwarantować długie i szczęśliwe życie z gromadką dzieci, a oprócz pocałunku, tak na wszelki wypadek wiesza się kłódkę, a kluczyk ląduje na dnie Odry. Jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony, a co Bóg złączył – niech człowiek nie rozdziela. Ahh czymże jest zatem grożąca zawaleniem konstrukcja mostu wobec więzów miłości? Tradycja ta jest dość świeża acz miejsce to zupełnie nieprzypadkowe! Tak właśnie!

Pięć wieków temu, kiedy to Ostrów Tumski był autonomiczną dzielnicą grodu nad Odrą spotkali się tu zakochani – piękna Agnieszka, wnuczka rajcy Henryka oraz nieziemsko przystojny czeladnik białoskórniczy Bogusław, który onieśmielał wszystkie panny. Pod osłoną nocy padli sobie w ramiona kochankowie, spleceni w miłosnym pocałunku. Odtąd już zawsze byli razem, zamieszkali na wyspie gdzie żyli długo i szczęśliwie, ale droga do szczęścia nie była usłana różami, bynajmniej. 

O względy Agnieszki konkurował z Bogusławem syn bogatego sukiennika – Konrad, zakochany w niej od dzieciństwa. Strzała amora jednak uderzyła w pannę w warsztacie białoskórnika Bartłomieja, kiedy to dziewczę ujrzało Bogusława. Motylki rozsadzały jej wnętrzności i choć groszem nie śmierdział ów młodzieniec, pokochała go z całych sił. Chorobliwie zazdrosny Konrad nie pogodził się z tym, co go spotkało i postanowił wyeliminować rywala z gry. Pałający chęcią zemsty udał się więc pewnej ciemnej jak smoła nocy do karczmy „Pod Czarnym Kogutem” – gniazda zła wszelkiego w tym mieście. Tam właśnie dobił targu z hersztem bandy łotrów, którzy mieli pozbyć się przystojnego Bogusława – raz na zawsze. 

Szubienica – taki los czekał Bogusława, który zabił najmłodszego czeladnika. O winie poświadczył nóż należący właśnie do niego, znaleziony w ciele zamordowanego Zygfryda. Agnieszka jednak wiedziała, że był niewinny i przekupiła jednego ze strażników więzienia w Wieży Krupniczej. Dzięki niej Bogusław zdołał zbiec z życiem przed karą za czyny, których przecież nie popełnił. I właśnie tam, na granicy jurysdykcji miejskiej spotkali się młodzi…

Łyse cherubinki

-figura-

Co prawda pomnik Nepomucena był już skończony, ale wciąż brakowało aniołków, które miały wyłaniać się z chmur spowijających dolne partie posągu. Gotfryd, uczeń Johanna Georga Urbanskyego uwijał się z robotą, ale nie był on zbyt posłuszny i postanowił wprowadzić modyfikację w planach swego mistrza. Udekorował on chmurki głową swego świeżo urodzonego synka, co jak możemy przypuszczać, nie spodobało się Johannowi. Biedny Gotfryd wyleciał z hukiem i tyle by go tam widzieli, gdyby nie jego rezolutna żona. Pochwyciła dziecię w ramiona i pobiegła błagać o przebaczenie okrutnego pracodawcę. Chwała Bogu, dał się przekonać i przywrócił chłopakowi stanowisko, ba! Nawet dziecko mu do chrztu podwał. Problem z łysym cherubinkiem jednak nie był łatwy do rozwiązania, bo przecież przykleić mu loczków nie było można. Mistrz pragnący dostosować się do obowiązującego wówczas kanonu symetrii polecił wyrzeźbić zatem kolejnego, łysego dzieciaczka. Tak oto u stóp świętego Jana Nepomucena przy kolegiacie Świętokrzyskiej znalazły się dwa łyse berbecie w otoczeniu niebiańskich istot. Element ten wygląda tak naturalnie, że jest praktycznie niedostrzegalny dlatego trudu trzeba sobie zadać sporo, aby zrozumieć w czym rzecz była.

Twarda sztuka

-orzeł-

Henryk IV przeczuwał koniec panowania dynastii Piastów w księstwie wrocławskim, toteż aby po wsze czasy wszyscy o nich pamiętali zlecił powiesić nad wejściem do kolegiaty Świętokrzyskiej wielkiego orła. Czternastowieczny, miedziany ptak przez wieki czuwał nad Wyspą Katedralną do czasu, gdy we Wrocławiu władzę zaczęli sprawować naziści. W pewien słoneczny, wrześniowy dzień roku 1937, dwaj robotnicy dostali rozkaz usunięcia symbolu Piastów z kolegiaty. Jeden z panów próbował strącić miedzianego ptaka lecz raptowny podmuch wiatru zrzucił go z parapetu i tylko cudem udało mu się nie przekroczyć Styksu. Na szczęście lina była tam, gdzie być powinna – prężna i solidna. Nie tak, jak to było za drugim razem, kiedy magistrat nalegał, by usunąć znak polskości. Kolejnego gieroja spotkał dokładnie taki sam los – podmuch wiatru, ino że lina pękła… Jak to mówią, do trzech razy sztuka, na akcję wezwano straż pożarną. Podczas wyciągania drabiny pękł jednak łańcuch, więc ta z hukiem zleciała na ziemię zgarniając jednego ze strażaków. Jak dwaj poprzedni i ten przeżył. Magistrat w końcu dał za wygraną i aby oszczędzić kolejnych ofiar pozostawił kłopotliwego orła na swoim miejscu. 

Cudowne ozdrowienie

-rzeźba-

W marcu roku Pańskiego 1471 przyszedł moment oceny pracy młodego czeladnika Macieja, który dwa lata wstecz pomógł swemu mistrzowi w niedoli. Erazm, bo tak go zwali był znanym i utalentowanym rzeźbiarzem i w zamian za uratowanie swego życia zgodził się, by nauczyć dzieciaka swego rzemiosła. Młody fach miał w ręku, a jego dłuto wbijało się jak w masełko tworząc wspaniałe formy, których pozazdrościć mogli mu inni uczniowie. Zniekształcone nogi Macieja stały się jednak przyczyną drwin i szydzeń w warsztacie, ale dzielny uczeń przyjmował wszelkie zniewagi ze spokojem. 

Kanonik kapituły katedralnej zlecił mistrzowi wykonanie posągu świętego Wincentego i właśnie on miał się stać pracą mistrzowską Macieja. Stworzył on postać w habicie, który skrywał zdrowe nogi o jakich zawsze marzył. Wieczór przed oceną był dość niespokojny, pomodlił się i zasnął w trybie stand by. W miarę jak nocne chmury zasnuwały wrocławskie niebo, młodzieniec śnił na jawie. Obudził go święty Wincenty, który w akcie dobroci dotknął jego nóg… Pokrzywione kończyny wyprostowały się jak za pyknięciem magicznej różdżki. To nie był sen! Rzeźba z podobizną miłosiernego lewitowała zaś w powietrzu, aczkolwiek nie było już na niej kształtnych nóg, a płachta która je zakryła. To nie była jego robota! Erazm na wieść o niesamowitym wydarzeniu powiadomił biskupa, a ten uznał to za cud i dzięki temu wydarzeniu jego rzeźba po dziś dzień zdobi ścianę wrocławskiej katedry.

ZachłANNA

-krypta-

Majowa powódź 1736 roku odsunęła fundamenty nieistniejącego już wówczas kościółka świętego Aleksego z 1416 roku. Jakże fortunnie się złożyło, bo to właśnie Henryk – zwany Jednookim odkrył kryptę dawnej świątyni. Herszt zbójeckiej bandy szybko urządził tam wspaniałą kryjówkę w której lokował kosztowności odbierane przeważnie kupcom podróżującym śląskimi traktami. Ponad dziesięć lat grabieży wypełniło tajemnicze miejsce po brzegi lecz bandę, a raczej jej herszta w końcu zgubiła zuchwałość. Jak jeden mąż stracono wszystkich w ten lub inny sposób, ale nikt nigdy nie zdradził miejsca w którym gromadzili swoje skarby. Zdawało się, że do tajemniczego podziemia nieopodal katedry nigdy już nikt nie dotrze. Koniec końców ktoś tam jednak zajrzał!

Dobiegło ją głośne pukanie do drzwi, a przecież ledwo ci one na zawiasach wisiały. Kogóż to niesie w Wigilię? Zawahała się, ale otworzyła, a oczom jej ukazał się wysoki mężczyzna. Zmarzniętego i wykończonego drogą jaką musiał pokonać zaprosiła do środka. Zazwyczaj to bieda pukała do jej drzwi, więc zawsze to coś nowego! Goła jak święty turecki nie mogła przecież nie ugościć przybysza, więc na stole wylądowały porządny kufel koziego mleka i podpłomyki. Cóż więcej mogła mu zaoferować? Mężczyzna korzystając z gościny zbliżył się do paleniska, by ogrzać skostniałe od mrozu ciało i nabrać energii na dalszą podróż. 

Raz po raz z paleniska wypadały iskierki ginące w mgnieniu oka towarzyszące historii o zbójcy i jego skarbie. Wdowa Anna mieszkała tu, we Wrocławiu od dziecka, ale zarzekała się że nigdy w życiu nie poznała tej opowieści! Tej nocy, kiedy tylko w katedrze wybiją dzwony na pasterkę otworzy się wnęka prowadząca do kryjówki. Każdy kto tam wejdzie zabrać może tyle skarbów, ile tylko podoła. Nim jednak pasterki koniec dobiegnie wydostać się trzeba, inaczej biada temu kto wtargnął do środka. Na wieki w niej pozostanie! 

I tak nie miała nic do stracenia, a mogła przecież zyskać bardzo wiele. W końcu kupiłaby porządny dom bez grzyba na ścianie, wreszcie żyłaby jak człowiek. Ba! Jak królowa, w pięknych sukniach, nigdy nie chodziłaby głodna w pocerowanych szmatach. Myśli kłębiły jej się jak szalone kiedy przemierzała drewniany most na wyspę. Dzwony wybiły północ – teraz albo nigdy. Może to był sen, może jawa, wszak siarczysty mróz nie pozwoliłby jej śnić. Rozstąpiła się ziemia przy odrze, przetarła oczy z niedowierzania. Chyba oszalała, to nie mogła być prawda… 

Legendy o zamku w Malborku.

Odpaliła drzazgę i wcisnęła się co rychlej w szczelinę, skoro już się tu zjawiła nie było odwrotu. Jej oczom ukazało się morze bezkresnych kufrów i skrzyń po brzegi wypełnionych kosztownościami. Perły, klejnoty, monety, naczynia, satyna, jedwab, adamaszek… Apokalipsa to za mało, pomyślała po czym poczęła pakować do wora co się da. Na czworaka, z jęzorem na brodzie, ale wyszła skubana z tej krypty! Mało. Skoro było tam tego tyle, przydałoby się więcej! WIĘCEJ! Niewiele myśląc, o ile w ogóle Anna ukryła w krzaczorach wór wypełniony po brzegi dobrem wszelakim i wróciła do krypty. Słowa przestrogi przez myśl jej nawet nie przebiegły, upatrywała lepszego życia w monetach którymi nerwowo ciskała do wora, nareszcie będzie szczęśliwa…

Idźcie w pokoju Chrystusa.

 

Źródła:

  • Tajemnice wrocławskiej katedry i Ostrowa Tumskiego fakty i legendy – Wojciech Chądzyński; wyd. Via Nova; Wrocław 2013

 

20 komentarzyZostaw komentarz

Podziel się z nami swoją opinią!