Słowacja na weekend – Czemu nie?!

Z czym kojarzy się Wam Słowacja?

Jedyne co pamietam z moich szalonych eskapad w te rejony to podróż do Rumunii i bezkresne fale bloków, niczym domków z kolorowych kart, widziane z zamku w Bratysławie. Siermiężna komuna czy jak kto woli, modernizm, Moi drodzy zupełnie odstraszył mnie od dalszych eksploracji. Kogo by nie odstraszył? Jakim masochistą trzeba być, by upajać się widokiem wczesnego Gierka?

Od ostatniego razu jednak wiele się zmieniło, to znaczy nie żeby wyburzyli to całe mrowisko na moje widzimisię czy coś podobnego! Po prostu znalazłem tu miejsca dla siebie, z dała od zgiełku i wielkomiejskiego hałasu. O ile w ogóle można Bratysławę porównać do wielkiego miasta… Dla mnie miała więcej z Koziej Wólki niż z Budapesztu czy Wiednia, ale wciąż pozostaje stolicą. I tutaj właśnie pomyślałem, że skoro stolica wygląda tak nieciekawie, to nie ma co zapuszczać się dalej skoro jest na świecie jeszcze tyle rzeczy do zobaczenia. Wróciłem jednak, by naprawić wspomnienia i zburzyć domki z kolorowych kart w mej pamięci.

Zamek Orawski

Zawsze jest lista konkretnych miejsc do zobaczenia, która zazwyczaj rozbudowana jest do tego stopnia, że można z niej planować dwie kolejne trasy. A jakże! Grunt to dobry plan, a ten właśnie zaczął się od zwiedzenia majestatycznej twierdzy, osiadłej na 112 metrowej skale w otoczeniu lasów i rzeki. Pejzaż podobny idylli znalazł się pod punktem zamek Orawski (Oravský hrad), a ten położony jest już około 40 kilometrów od granicy z Polską w miasteczku Oravský Podzámok. Renesansowo-neogotycki dziś kompleks to chyba największa atrakcja północnej Słowacji. Mający zaczątki po najazdach Tatarów w 1241 roku zamek to kompleks na który składają się zamki dolny, średni i górny.

Niesamowitych rozmiarów warownię można podbijać dziś wyłącznie z przewodnikiem i raczej w języku słowackim. Nie przeszkadza to jednak, jako że nasze języki w bajeczny sposób łączą się w melodyjną całość. Czasem mniej, czasem więcej, ale z kontekstu raczej nietrudno domyślić się o co chodzi. Swoją drogą taka podróż może zaowocować kolejną pozycją w CV – znajomość słowackiego na poziomie podstawowym! Czas zwiedzania zaplanowany jest na około 3 godziny i obejmuje kilka ciekawych ekspozycji w tym archeologiczną i przyrodniczą. Największym wyzwaniem jest wdrapanie się na sam szczyt włości, ale trud z całą pewnością zrekompensują nam niesamowite widoki.

Parking przy zamku jest płatny, a jego koszt to 2 EUR za auto osobowe. Znajduje się on u podnóża zamczyska, około 10 minut piechotą od bramy. Koszt biletu dla osoby dorosłej to 7 EUR. Więcej info na temat cen biletów oraz godzin otwarcia w linku poniżej.

Pałac Strażki

Wcale niespiesznym krokiem zechcieliśmy zobaczyć jeszcze kilka rzeczy oddalonych jednak od zamku kilkadziesiąt ładnych kilometrów. W myśl zasady: szczęśliwi czasu nie liczą na kolejny cel obraliśmy pałac Stażki (Kaštieľ Strážky). W sumie to bardziej renesansowy kasztel, ale nie jest to istotne. Jeśli lubicie szpanować miejscami w których nikt nie bywa i nikt z Waszych znajomych nigdy o nich nie słyszał, to jest właśnie takie miejsce. Z tym, że może lepiej nie zagłębiać się w szczegóły. Koniec końców pani przewodnik była zdziwiona naszą prezencją chyba nie bardziej niż my brakiem oznak życia na terenie obiektu.

Prywatne zwiedzanie zakończyło się soczystym ziewem. Wskazywać by to mogło na niezwykły wskaźnik ignorancji, ale tu chyba jednak zmęczenie zrobiło swoje. Abstrahując, oglądanie setek portretów młodych mężczyzn z wąsami, autorstwa barona Eduarda Mednyánszky za 2 EUR wydawało się dość wątpliwą rozrywką. Realizując takie pomysły zawsze zastanawiam się z jakiej planety przybywam i czy nie czas, by na nią wrócić. Z drugiej strony może to chęć poznania czegoś innego motywuje mnie do wszelkich eksploracji. Niemniej jednak chętni znajdą więcej użytkowych informacji w linku poniżej.

Wizyta w Kieżmarku była kolejną, dobrą decyzją. Co prawda, gdybyśmy się tak nie guzdrali (jak nigdy zresztą!) udałoby nam się zobaczyć zamek (Kežmarský zámok). Ten iście ciekawy obiekt na mapie Słowacji swą historię rozpoczyna u progu Wieków Średnich. Powstały na terenie dawnego grodu Świętej Elżbiety rozbudowali, związani między wieloma z zamkiem Spiskim (Spišský hrad), bracia Imrich i Ján Zápolya. Wizerunek gotyckiej warowni zmienił się jak w przypadku innych na Słowacji w renesansowy kasztel, który stał się więzieniem pewnej niesfornej księżniczki.

Niestety, zegar bezlitośnie wybił 17:01 i szlag nasz piękny plan trafił. No ale co, no bywa! Spacer główną uliczką w oparach wietrzących się z grzyba chałupek w kakofonii cygańskich przekleństw był wszakże nieplanowany. I tak drepcząc znów człowiek zastanawia się, jakie kryteria brane są pod uwagę, by obiekt zagościł na liście UNESCO?

Zamek Spiski

Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Spiskiego Podgrodzia. Wisienka na torcie, kandyzowana. Delicje, uwierzcie mi! Już wieże Spiskiej Kapituły podkręciły wystarczająco atmosferę, a widok na zamek Spiski (Spišský hrad) całkowicie pobudził ospałe truchła. Czy może być coś wspanialszego niż zimne piwko, w miłym gronie, u podnóży zamku, z widokiem na okazałą koronę Spiszu? Nie sądzę. Cena piwa w takich miejscach zawsze mnie zadziwia. Tanio, czyli poniżej 1 EUR i pięknie, ah, mogłoby być tak zawsze. Do tego turystów ani widu ani słychu. Jednym słowem: Raj.

Mój Boże, w takie poranki życie wydaje się być jeszcze piękniejsze. Nigdy nie zapomnę widoku zamku Spiskiego (Spišský hrad) spowitego jeszcze poranną mgłą. Przedzierające się przez nią promienie letniego słońca przyklejały się niczym mucha do wrzącej smoły, smagając nasze członki kolorem kulfonowego nosa. Cudowny poranek rozpoczął się od ścieżki w Spiskim Podgrodziu (Spišské Podhradie), prowadzącej do zamku Spiskiego. Podobno da się tam dojść w max maxów 30 minut. Nam jednak zajęło to dwa razy dłużej. Czymże jest bowiem 30 minut wobec wieczności?

Byliśmy pierwsi na zamku, więc przez nawet sporą chwilę mogliśmy cieszyć się przywilejem posiadania twierdzy dla siebie – staff został na podzamczu ;) Sielankowa aura i poranne harce rozśpiewanych susłów miękko wprowadziły nas w brutalną rzeczywistość. Na pobliskim parkingu zaparkowały autobusy z których w ciągu kilku chwil wypełzły trupy, gotowe do szturmu na zamek. Nim się obejrzeliśmy były już na górze, na wieży. Skutecznie barykadując wejście zmusili nas do zatwardziałej konwersacji na temat pochodzenia ich życiodajnej energii. Zawyżona do 65+ średnia w ciągu paru minut towarzyszyła nam już do końca tej części mając ujście w zamkowej kawiarence.

Historię zamku Spiskiego możecie poznać klikając TUTAJ.

Spiska Kapituła

Spieczeni na otwartym rożnie podzamcza ruszyliśmy w stronę Spiskiej Kapituły (Spišská Kapitula). Miejsce to w niczym nie przypominało gwarnego zamku, a dookoła rozpościerało się ćwierkanie wróbelków i trzepot skrzydeł cytrynowych motyli. Zwiedzanie katedry św. Marcina (Katedrálny chrám sv. Martina) możliwe jest wyłącznie z przewodnikiem i tutaj także spotkało nas to, co w innych obiektach: przewodnik w języku słowackim. Do tego, tu muszę pochwalić zmyślny bilet wstępu za 2 EUR, który wygląda jak widokówka! Przyznacie, że to znacznie ciekawsza forma niż paragon.

Dużo więcej na temat tego obiektu przeczytacie klikając TUTAJ.

Oszołomieni pięknem tego miejsca pognaliśmy w stronę najpiękniejszego dużego miasta na Słowacji (według osobistych odczuć). Przystanek na obiad ani trochę jednak nie znajdował się po drodze, bo była to Lewocza (Levoča). Punkt zupełnie nieplanowany, ale też oprócz krótkiego spaceru okraszonego mącznymi daniami z bryndzą niewiele wniósł do naszego wojażu. Brak możliwości wstępu do kościoła św. Jakuba, gdzie znajduje się najwyższy późnogotycki ołtarz na świecie oraz brak możliwości robienia zdjęć i nadciągająca burza zadecydowały o szybkiej ewakuacji.

Koszyce za to przywitały nas przyjemną pogodą i niesamowicie miłą obsługą hotelową. Nie żeby to było coś oczywistego, bo często zdarza się, że doświadczenia hotelowe nie są na najwyższym poziomie. Pozytywne pierwsze wrażenie pamięta się jednak zawsze. Po krótkiej wymianie zdań, przemiła pani, widząc dowód osobisty z Polski stwierdziła, że chyba zwariowałem mówiąc do niej po angielsku: -Jesteśmy braćmi przecież! – odparła, po czym wpadliśmy w takie rozbawienie (spowodowane zapewne zmęczeniem), że chyba zaczęła żałować tych słów: -Najarały się chłopaki?… Zajebiście!

Koszyce

Chyba było już dość czasu, aby oswoić się z widokiem uroczych centrów historycznych miast, zamkniętych w skorupie z betonowych bloków w stylu siermiężnego Gierka. Aby pokochać to miasto narzucić trzeba sobie na gałki rodzaj filtru, bo jakie to ówczesne miasto pozbawione jest defektów. A może wręcz przeciwnie? Może i to będzie właśnie czynnik determinujący miłość do Koszyc (Košice).

Wielokrotnie powtarzałem, że nie ma lepszego miejsca na start zwiedzania niż serce miasta. W tym przypadku, jak i w wielu innych, była to katedra. Oczywistość! Katedra św. Elżbiety w Koszycach (Dóm sv. Alžbety) i wolnostojąca wieża Urbana (Urbanova veža). O ile na wieżę wdrapać się nie można o tyle wejście do katedry nie przysporzyło nam żadnych problemów. Przynajmniej wejście! Przebudowywana wielokrotnie katedra w Koszycach dziś nosi znamiona doby gotyku i noeogotyku. Jej wnętrze wypełnia cenne wyposażenie na które składają się między wieloma ołtarz główny, polichromie czy podwieszona figura Najświętszej Maryi Panny. Po długich chwilach spędzonych na wzdychaniu do wszystkich tych dobrodziejstwo skorzystaliśmy z możliwości wejścia na wieżę katedry, by podziwiać panoramę miasta. Bilet wstępu to 1 EUR.

Po aferze wyjściowej w katedrze w wyniku której zostaliśmy zbluzgani za brak pokłonu w „miejscu gdzie żyje Jezus”, czyli przy każdym ołtarzu po kolei, powędrowaliśmy do podziemi. Podążając krętymi uliczkami zapomnianego miasta Cassovia za jedyne 0,90 EUR mieliśmy chwilkę, by ochłonąć od scysji i schronić się przed ostrymi promieniami słońca. W zasadzie chyba tutaj skończyło się nasze zwiedzanie zabytków i rozpoczęła się prawdziwa podróż kulinarna. Leniwie napychaliśmy brzuchy lokalnymi przysmakami i płynnymi procentami.

Hervartov 

10 kilogramów później nadszedł czas odwrotu i ku naszemu zaskoczeniu to wcale nie Koszyce były oczekiwanym gwoździem programu, a było nim małe miasteczko nieopodal granicy ze Słowacją – Bardejów. Nim jednak dotarliśmy na miejsce podjęliśmy próbę zobaczenia obiektu ze słowackiej listy UNESCO – drewnianego kościoła pw. św. Franciszka z Asyżu z 1500 roku w miejscowości Hervartov. Pustka i cisza, szum potoku i całus. W klamkę! Dwa numery telefonów, żaden nie odpowiada. Zwiedzanie skończyło się tak szybko, jak szybko się rozpoczęło, a nam pozostało powzdychać nieco do nieheblowanych desek i zrobić odwrót.

Bardejów

W zasadzie w niewielkim miasteczku nie było zbyt wielu obiektów do zwiedzania, ale starówka wygląda cudownie. Bez przesady będzie nazwaniem jej najpiękniejszą na Słowacji! Ustanowiony na planie kwadratu rynek z ratuszem w jego punkcie centralnym i kościołem w narożu tworzą zjawiskową calość, przenosząc widza w wymiar średniowiecznej wioseczki z bajki. Dwa najważniejsze obiekty stały się naszym celem z czego na pierwszy ogień poszedł XV-wieczny kościół św. Idziego (dom sv. Egidia), który z pozoru jest kolejnym tworem gotyku, bowiem bryła jego jest mało wyjątkowa. W środku jednak okazuje się być prawdziwą kopalnią skarbów, które zauroczą nie tylko znawców sztuki. Kosciół św. Idziego w Bardejowie od setek lat skrywa w swym wnętrzu zespół późnogotyckich tryptyków, zlokalizowanych w swych pierwotnych miejscach. Z jego wieży rozpościera się natomiast widok na całą okolicę.

Późnogotycki ratusz z początku XVI wieku natomiast nacechowany jest bogactwem elementów renesansowych, a w jego wnętrzu znajduje się Muzeum Historii królewskiego miasta Bardejowa i Muzeum Górnego Szarysza (wystawa etnograficzna). Znajdujące się tu zbiory to przekrój przez kilka epok, a do najpiękniejszych eksponatów należą średniowieczne ikony. Otoczone murami obronnymi miasteczko uważane jest za najlepiej zachowany kompleks obronny. Zbiór dzieł architektury w 2000 roku wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Bardejów zdecydowanie wymaga większej uwagi, której niestety nie mogliśmy mu tym razem poświęcić. Zegar tykał nieubłaganie, wybijając godzinę odjazdu. Tuż po przekroczeniu granicy ze Słowacją przywitał nas mordor… Może jednak warto było tam zostać? Na podsumowanie trzeba powiedzieć sobie wprost: Słowacja na weekend to świetny kierunek! W sumie zwiedziliśmy tym razem tylko jej północną część, ale wierzymy, że reszta jest warta poznania. Słynący z klusek, bryndzy i kapusty kraj pozwoli się nam rozpieścić chyba pod każdym względem. Obok prawdziwej uczty kulturalnej i architektonicznej należy dodać, że wraz z Litwą to kolejny kraj bardzo przyjemny cenowo :)

Więcej informacji:

10 komentarzyZostaw komentarz

Podziel się z nami swoją opinią!