Laon i jego okolice (Francja)

Laon i okolice

Szlakiem francuskiego gotyku część 2

Laon

Ilość i tak już okrojonych atrakcji przewyższyła możliwości czasowe, aczkolwiek punkty główne, jakimi były pierwsze gotyckie katedry we Francji zostały osiągnięte. Tuż po zakończeniu pierwszej, intensywnej części związanej ze zwiedzaniem Reims i jego okolic udaliśmy się do oddalonego o 50 kilometrów miasta Laon. Od kiedy tylko pierwszy raz ujrzałem tamtejszą katedrę zawsze pragnąłem zobaczyć ją na własne oczy, a przy okazji wyjaśnić sobie odwieczną zagadkę. Jeśli kiedykolwiek widzieliście tamtejszą katedrę i jej cztery wieże, a nie trzy, jak na 99% zdjęć, to mieliście szczęście! Oficjalnie potwierdzam, katedra w Laon ma cztery wieże.

Wieże katedry w Laon urzekły średniowiecznego artystę Villarda de Honnecourt, który wykonał ich szkic (przetrwał on do dziś!) i napisał „Byłem w wielu miejscach, ale nigdzie nie widziałem takich wież jak te z Laon!”. Fascynacja średniowiecznego da Vinci jest całkowicie uzasadniona, gdyż korona katedry jest naprawdę wyjątkowa, a jej ozdobę stanowią woły! Ma to związek z mistycznym zwierzęciem, które zmaterializowało się i pomogło mieszkańcom Laon taszczyć kamienie potrzebne do budowy świątyni na wzgórzu. Faktycznie, aby wybudować tak majestatyczną budowlę potrzebna była ogromna siła, ale ja osobiście powątpiewam w taką magię i współczuję ludziom zmuszanym obietnicom o życiu wiecznym do tej wyczerpującej pracy. Reasumując, nam odmówiono możliwości podziwiania wież z wysoka. Był to najbardziej niemiły epizod w ciągu naszej wielkiej podróży i wybaczcie, ale krew mnie zalewa na samą myśl. Jeśli jesteśmy zainteresowani wstępem na wyższe partie – łącznie z triforium, musimy oczywiście uzgodnić to z biurem turystycznym. Widocznie słynny w latach 70 ubiegłego wieku linoskoczek, Phillipe Petit (The Walk: Sięgając Chmur) nie miał takiego problemu. W 1974 roku lewitował on niemalże pomiędzy wieżami katedry, a dzisiaj proszę…

Laon to stosunkowo niewielkie miasto w Pikardii, które oprócz wspaniałej katedry chełpi się (choć słabo) Opactwem Świętego Marcina (Saint-Martin) z XII wieku, którego wnętrze chyba na zawsze pozostanie dla mnie zagadką. Nie dostałem żadnych konkretnych informacji w biurze turystycznym, poza tym, że wszystko otwarte jest latem, więc trudno w jakikolwiek sposób zachęcić kogokolwiek do zwiedzania… W każdym razie leżące w dość sporej odległości włości dawnego opactwa są połączone niejako piękną, kamienną drogą właśnie z katedrą. Stamtąd, wąskimi uliczkami można udać się do podnóży ogromnej góry na której znajduje się ufortyfikowane miasto. Zachęceni pięknymi zdjęciami panoramy tak też zrobiliśmy, ale należy uważać. Zdjęcia na ulotkach ewidentnie nie są robione z żadnego z dostępnych miejsc u dołu, więc jeśli nie chcecie obcować z owcami i narobić sobie pęcherzy na stoperach oscylujcie w obrębie murów miejskich. Tam będziecie bezpieczni. Ah oczywiście, na ukoronowanym wzgórzu znajdziemy również kaplicę zakonu Templariuszy, jednak  aby ją zobaczyć trzeba mieć szczęście, którego nam ewidentnie zabrakło w tym mieście.

Cenną informacją dla zmotoryzowanych będzie na pewno to, że parkingi na starym mieście, czyli na wzgórzu są płatne, aczkolwiek da się znaleźć też taki, za które nie musimy uiszczać opłaty (na ten przykład dajmy parkingi przy murach miejskich na Promenade de la Couloire). Dodam też, że nieopodal stacji kolejowej (Place Victor Hugo) znajduje się ogromny plac na którym możemy bez obaw pozostawić nasz środek transportu, a do góry udać się kolejką, która kursuje do góry kilkanaście razy dziennie. Możemy również spiąć pośladki i wdrapać się tam o własnych siłach, lekka zadyszka jeszcze nikomu nie zaszkodziła a satysfakcja gwarantowana!

Okolice Laon

Droga z Laon do leżącego 35 kilometrów Soissons, jak większość dróg we Francji usłana jest majstersztykami architektury romańskiej i gotyckiej. Spośród całego ogromu udało nam się zobaczyć 2 ½  obiektów z 3 planowanych na trasie. Pierwszym stał się Kościół świętego Marcina w małej wioseczce Nouvion-le-Vineux. Wierzcie lub nie, ale o świcie był już otwarty i pusty – tylko do naszej dyspozycji. Romańska bryła pozostawiła nas na dłuższy moment bez tchu, a surowe wnętrze i mglisty poranek stworzyły niesamowitą i nieco mroczną aurę wewnątrz. Brak podejrzliwych spojrzeń mieszkańców zdecydowanie umilił nam wnikliwe zwiedzanie. Nie to, że zamierzaliśmy popełnić tam jakąś zbrodnię, ale niejednokrotnie w Polsce czuliśmy się jak ufoludki robiąc zdjęcia kościołów na wsi, czując na sobie spojrzenia pełne zdziwienia, zmieszania i poirytowania. Tutaj bez problemu mogliśmy zanurzyć się w otchłani Wieków Ciemnych.

Kiedyś jednak trzeba było z niej wyjść… Kolejnym punktem był pobliski Urcel.

Gęsta mgła powoli opadała, a blade światło zdawało się rozpoczynać kolejny dzień. Naszym oczom ukazał się spory, ogrodzony murem teren na który zapraszała nas otwarta już o tej porze furtka. Głucha i nieprzerwana cisza towarzyszyła nam w drodze do wnętrza świątyni, zdecydowanej bohaterki tej scenerii. Dookoła zaś soczystozielony, dziki bluszcz przywodzący swoim kolorem na myśl radioaktywną truciznę beznamiętnie oplatał stosy zawalających się tumb i tylko czasami odsłaniał wyryte przed laty tabliczki z imionami tu poległych. Zafascynowani złowieszczymi maszkaronami, które spoglądały na nas ze ścian świątyni powoli zmierzaliśmy do środka. Niespokojne dusze szukające swego miejsca i ciężka aura przyprawiały o deszcze. Nieodgadnione dotąd uczucie w jednej chwili stało się czymś oczywistym, nie byliśmy tam sami. Cały rytuał podziwiało z ukrycia dwoje ludzi, którzy wydali się być równie zainteresowani nami, jak my owym miejscem. W porozumiewawczym geście, bez słów weszliśmy do środka…

Gwoździem programu miał być Kościół Saint-Yved w miejscowości Braine z którego chociażby tympanon mogliśmy podziwiać w muzeum w Soissons (!).

Jeden ze wspanialszych obiektów gotyku, skąpany w blasku stał przed nami, jak z obrazka. Faktycznie przypomniałem sobie, że to jeden z tych kościołów, które widziałem gdzieś w moich książkach poświęconych gotyckiej architekturze. Nieprzypadkowy punkt na trasie musiał być zatem mocny, toteż tym bardziej zapragnąłem nie mogłem się doczekać tego, co skrywał w środku. Euforię przerwał opierający się szarpaniu klamki mechanizm – zamknięte. W jednej chwili ogarnęło mnie uczucie bezsilności, jedzie człowiek tysiące kilometrów tylko po to, by pocałować klamkę walącej się ruiny. Co za shit. Zrezygnowany totalnie pogrążyłem się w niekończącej się wiązance złorzeczeń, bo przecież nikt z nas nie lubi kiedy coś nie wychodzi… Następnego razu nie będzie.

Zegar nie wybił nawet południa, a my mieliśmy już przed sobą Soissons zostawiając w tyle serpentyny bezkresnych i wąskich dróżek Pikardii. Gdybym tylko nie wykreślił Longpont ze swojej listy…

CDN.

 

Linki pomocnicze:

http://www.tourisme-paysdelaon.com

 

Powiązane wpisy:

19 komentarzyZostaw komentarz

Podziel się z nami swoją opinią!