Pocztówka z Belgii (Bruksela, Antwerpia)

Kolejny nudny dzień w pracy, zbliżały się moje urodziny, więc jak co roku trzeba było coś wymyślić. Coś, czyli sposób godny spędzenia kolejnej rocznicy. Przewertowałem google maps, przeliczyłem finanse, obdzwoniłem znajomych. Jedziemy! Zerwałem się z pracy, pobiegłem do domu spakować plecak i wymienić złotówki na kilka euraków, które miały zapewnić mi dobry weekend w kraju brukselki. Kilka godzin później siedzieliśmy w aucie mknąc autostradami Niemiec do… no właśnie. Wróć! Przecież my wcale do Belgii nie jechaliśmy!

Chciałem tylko zobaczyć katedrę w Kolonii, piękną, monumentalną katedrę z relikwiami trzech króli. Marzyło mi się to od dawna, tak więc za cel obraliśmy właśnie Kolonię. Jechaliśmy całą noc w przeobfitym deszczu. Dotąd tylko raz widziałem coś podobnego, gdzieś pomiędzy Wiedniem a Bratysławą. W każdym razie bladym świtem z autostrady migotały dwie urokliwe wieże gotyckiego monumentu. Bez trudu zaparkowaliśmy w centrum, aby udać się na polowanie. Świątynia zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale pogoda fatalna. Niby zawsze w moje urodziny pada deszcz, więc nie powinno mnie to dziwić, ale cały czas miałem nadzieję, że jednak poza granicami kraju nie obowiązuje ten cykl. A jednak! Obowiązywał. Pewnie to było też niejako przyczyną dalszych poszukiwań przygód.

Bruksela

Tak oto pomknęliśmy miniówą na zachód. A może właśnie to tam zmierzaliśmy? Oczywiście chciałem zobaczyć stolicę i zupełnie nieprzygotowany, bez podstawowej wiedzy przewodnikowej zapuściłem nas w miasto. Ludzie życzliwi, ale jakby nie mówią po angielsku! Szok, no niby wiadomo, że w Belgii powszechnie obowiązuje język francuski, ale litości, żeby ani me ani be? Całe szczęście uczyło się te trzy lata w high school francuskiego, więc mogłem wygrzebać z odmętów mej pamięci kilka przydatnych zwrotów, Pour aller au centre-ville, s’il vous plaît? Do tej pory nie wiem czy dobrze, jakoś nie przyszło mi tego sprawdzić. W każdym razie znajomość potencjalnych odpowiedzi też jest ważna tournes à droite, tournes à gauche, tout droit. Okej! Droga nie była skomplikowana. Ani, ani. Ale i tak się zgubiliśmy! To chyba ze stresu, bo zaczepiliśmy jakąś muzułmankę w pytaniu o drogę lekceważąc wszelkie zasady dzielnicy tej mniejszości. Już czułem spust pistoletu przy uchu. Chwała, że szybko udało nam się zbiec. Niezłe byłyby to urodziny!

Padało. Padało. Padało. I dla odmiany znowu padało. No ładna ta stolica, taka wymuskana, wypiękniona, turystów mało jak na środek lata ale i pogoda barowa, więc to absolutnie nie szokowało. Nie mogliśmy przecież chodzić jak te zbłąkane owieczki po stolicy, to się nie godzi! Tak więc za pasterza posłużył nam hiszpański przewodnik w wersji karteczkowej, zakupiony u pana Ździśka przy szlaku turystycznym.

Oczywiście nie było innej możliwości jak zacząć w rynku pod ratuszem, piękną i okazałą siedzibą włodarzy miasta w stylu gotyku brabanckiego (styl rozwinięty na terenie Niderlandów charakteryzujący się głównie ogromną ilością zdobień jak balkony, wieżyczki, posągi i rzeźby oraz wykończeniem okrągłych kolumn głowicami z rzeźbieniem w kształcie liścia kapusty). Najbardziej znamiennym elementem tego obiektu jest jego asymetria spowodowana głównie błędami podczas prac budowlanych i ograniczoną przestrzenią placu budowy. Jego fasadę udekorowano 150 rzeźbami reprezentującymi świętych, szlachciców i figurkami o charakterze alegorycznym. W roku 1695 ratusz bardzo ucierpiał podczas oblężenia miasta, spłonęły ogromne zbiory archiwalne oraz dzieła jednego z najznamienitszych malarzy szkoły niderlandzkiej – Rogiera van der Weydena. Ocalała elewacja wraz z całą dekoracją, co dało podstawy do odbudowy pięknego budynku i przyczyniło się do powstania nowej formy na planie czworokątu, którą znamy do dziś. Budowla zachwyca o każdej porze dnia i nocy, a jego elegancja architektoniczna znacznie przewyższa kunszt obiektów sakralnych z tej samej epoki.

Co dwa lata, w sierpniu, na placu przed ratuszem rozkłada się kwiatowy dywan z około 500 tysięcy doniczek begonii. Jako, że był to lipiec nie doświadczyliśmy tegoż zjawiska. W każdym razie jego brak pozwolił nam na wnikliwą analizę bogato zdobionych kamienic cechowych. Każda z nich posiada symbol, który wyraźnie zaznacza czym zajmowali się ich mieszkańcy. Oprócz ratusza i pięknych kamienic w rynku (Grand Place) rzucił się nam w oczy kolejny znakomity obiekt, Dom Króla (fr. Maison du Roi). Rezydencję zbudowano na zgliszczach targowiska na początku XVI wieku jako symbol władzy książąt Barbancji. Niderlandzki odpowiednik nazwy samej rezydencji to Broodhuis (dom chleba), co ściśle odnosi się do dawnego targowiska. Budynek, pomimo iż miał za zadanie umniejszenie wagi siedziby władz miejskich nigdy nie był domem żadnego króla… Obecnie znajduje się tam Muzeum Miejskie Brukseli wraz z bogatymi zbiorami ceramiki i srebra. Na drugim piętrze budynku zaś znajduje się słynna „garderoba” uroczego symbolu miasta (i wcale nie chodzi tu o małą, znienawidzoną przez dzieci kapustkę czy czekoladę). To ubranka fontanny, słodziasznego malca z wywalonym siusiakiem, sztuk około 800. Sama ich kolekcja sięga aż XVIII wieku.

Manneken pis, czyli siusiający chłopiec to figurka z brązu mierząca 61 cm i jest oczywiście kopią wykonaną w 1965 roku. Jej oryginał znajduje się w Domu Króla, oryginał… to być może zbyt wiele powiedziane, gdyż pierwszą figurkę małego bezwstydnika wyrzeźbiono z kamienia w XV wieku. Maluch zyskał wielkie uwielbienie wśród ludu i cieszy się nim po dziś dzień. Często ubierany jest w stroje ofiarowane przez delegacje państwowe, regiony, stowarzyszenia etc. Dorobił się on dużo młodszej siostry, która podlewa inną część ulicy. Czysty zabieg marketingowy, mający na celu przyciągnięcie turystów do mniej odwiedzanego zakątka Grand Place. Na ile udany? Trudno orzec, ja osobiście nie widziałem owej fontanny.

Skąd tak naprawdę wziął się ten uroczy malec?

Oczywiście do czynienia mamy tu z królewskim nasieniem, zagubionym podczas pewnego polowania. Przerażony ojciec nakazał zorganizować poszukiwania zakrojone na ogromną skalę. Niestety nikomu nie udało znaleźć się małego chłopca, więc uznano że przepadł na zawsze. Pewnego ranka, przechadzający się po lesie leśniczy podążał nad strumień. Ku swemu zaskoczeniu właśnie tam odnalazł malucha oddającego mocz.

Manneken pis według innego podania był chłopcem o imieniu Juliaanske, który przypadkowo ocalił czternastowieczną stolicę przed oblężeniem. Malec zabawił się w szpiega (mhm…), podejrzał najeźdźców, którzy zamiary mieli złe! Mianowicie chcieli podłożyć materiały wybuchowe pod jednym z murów chroniących miasto. Rezolutny i pomysłowy chłopiec postanowił zasikać palący się lont i tym sposobem uratował miasto przed atakiem.

Inna legenda mówi, że było to dziecko szlachcica z Brukseli, które opuściło procesję kościelną „za potrzebą”. Malec wystawił swego Wacka i zaczął kropić! Niestety kropił pod domem czarownicy, która zgorszona i wściekła rzuciła nań czar i zmieniła go w statuę. (Tę kamienną rzecz jasna.)

Legend jest milion pięćset sto dziewięćset, że sikał pod drzewem, że sikał pod ścianą, na rogu, przy kościele, że uratował od pożaru, od oblężenia… Co tylko! Co tylko! Jedynym punktem zbieżnym tych wszystkich historii jest to, że był mały i bezwstydny. O! Nie ważne w sumie jak było, ważne jak jest. Chłopiec z frędzelkiem na wierzchu jest ikoną, można go kupić w każdej, najbardziej wymyślnej postaci. Oprócz czekoladowych figur o rzeczywistych wymiarach spodobał mi się otwieracz do wina. Trochę perwersyjny, ale musiałem go nabyć haha. (Zdjęcie na dole)

Kręciliśmy się dalej. Tak oto napotkaliśmy kościół św. Mikołaja, zamknięty a z zewnątrz jakoś niespecjalny. Wiekowy jednak, to na pewno. No i katedra, najczystszy przykład kwitnącego gotyku, jak napisał sam Victor Hugo. Z zewnątrz przyzwoita. Wewnątrz, cóż… większość drogocennych dzieł została splądrowana w XV wieku, a jedyne co pozostało z lat jej świetności to znakomite witraże oraz chór. Na uwagę zdecydowanie zasługuje zjawiskowa, barokowa ambona. Gdzieś niedaleko minęliśmy Galerię Królewską św. Huberta, która do złudzenia przypomina galerię Vittorio Emanuele II w Mediolanie. Miejsce pełne dość drogich sklepów i kawiarni. Z racji ograniczeń czasowych niespecjalnie skupiliśmy się na tym przybytku. O wiele bardziej zainteresował nas „animowany” zegar na Pałacu Dynastii. Jeden z bardziej pomysłowych jakie widziałem. Tym razem zależało nam na hulankach i swawolach, toteż resztę czasu spędziliśmy na przyjemnościach jakie oferuje Bruksela.

Zatrzymaliśmy się w hotelu niedaleko Atomium, więc niejednokrotnie mijaliśmy tenże monument. Zachwycający model kryształu żelaza w powiększeniu o 165 miliardów razy został zbudowany z okazji światowej wystawy EXPO w 1958 roku. Tak jak wieża Eiffla miał zostać rozebrany po wystawie.  Niestety, to mój hit: prawa autorskie do każdego zdjęcia zrobionego przez zwykłego Kowalskiego należą do Société d’Auteurs Belge… Jako, że nie posiadam praw do moich zdjęć, nie mogę ich pokazać na mojej stronie, aby nie narażać się w żaden sposób na sankcje karne… *joder*

Antwerpia

Kolejny dzień poświęciliśmy na skok do innego miasta w Belgii. Mogliśmy wybrać tylko jedno miejsce spośród Brugii, Gandawy i Antwerpii, padło na to ostatnie. Ponieważ wizyta nie była czysto turystyczna nie przeżyłbym zobaczenia Brugii w locie, a skoro nie mogłem mieć wszystkiego to wolałem nie zobaczyć nic. Na to przyjdzie jeszcze pora. Na pewno!

Antwerpia, największy po Rotterdamie port w Europie, miejsce luksusowych butików, diamentowe centrum i kołyska Rubensa. To wszystko poprzedził przejazd przez tunel znajdujący się pod dnem rzeki, który zbił nas z pantałyku. Przez pierwsze chwile myśleliśmy, że GPS zwariował, ale nie! Nie tym razem. Na obrzeżach miasta zostawiliśmy auto i chcieliśmy dojść  do centrum na piechotkę. Z daleka widać był smukłą wieżę katedry, więc kurs był dobry. Obok nas tramwaje, auta, wszystko w normie. Chwilę później znaleźliśmy się nad rzeką Skaldą. Niby wszystko okej, bo miasto leży nad rzeką, ale tym razem musieliśmy mieć haluny! Przecież tam nie ma mostów. Tramwaje jechały i co? Przecież się nie rozpłynęły! Nie, nie rozpłynęły się. Cała infrastruktura znów zniknęła sobie pod ziemią, więc do centrum dotarliśmy właśnie tramwajem, podziemnym.

Punktem wyjściowym większości naszych wypadów jest wisienka. Nie ma potrzeby zostawiać jej na koniec skoro możesz ją pożreć od razu. I tak oto pożarliśmy wisienkę. W sumie to ogonek! Katedra. O katedrze mowa ofkors. Zamknięta była, a jakże. Groenplaats, czyli rynek tętni życiem. Co ja mówię! Kipi, ludzi co niemiara. Pogoda dopisała to i ludzie wypełzli na podbój nowych terytoriów. I chwała, że się rozpogodziło, bo zapowiadała się niezła ulewa. Na środku placu stoi pomnik Rubensa, a dookoła biegną tory tramwajowe dla uroczego tramwaju turystycznego. Strzelista wieża, powiedzmy, gotyckiej katedry św. Marii Panny sprawia, że świątynia jest najwyższą budowlą w mieście. Mało tego, jest ona jedną z najwyższych budowli sakralnych na świecie i jest najbardziej znaczącym kościołem gotyckim w Belgii. Budowa samego obiektu trwała prawie 200 lat, skąd nie można tu mówić o nieskalanym gotyku. Znajdziemy tu wpływy różnych epok, choć początkowo powstawała w duchu gotyku brabanckiego. Wszystkie zmiany można by prześledzić idąc od fundamentów w górę. Im wyżej, tym bardziej zaawansowana technicznie epoka. Historia katedry nie bardziej burzliwa niż historie innych. Pożary, demolki to element wspólny dla wszystkich budowli tego typu. W kościele znajdują się dzieła Rubensa, jednak oryginalne zbiory zostały splądrowane lub zniszczone przez rewolucjonistów w 1794 roku. Zniszczenia w katedrze prawie zadecydowały o wyburzeniu budowli. Na całe szczęście, zapewne dzięki panującemu na początku XIX wieku nurtowi związanemu z romantyzmem i uwielbieniu do gotyckich budowli, odrestaurowano świątynię. Wraz z odbudową powracały do niej zrabowane dzieła sztuki.

Plac otoczony jest pięknymi kamieniczkami z wysokimi dachami z XIV/XVI wieku. Niedaleko od katedry znajduje się ratusz, uznawany za jeden z najważniejszych zabytków epoki renesansu w Niderlandach.

Na brzegu Skaldy podziwialiśmy najstarszy budynek w mieście, Zamek Steen (z kamienia). Jego obecny wygląd nie prezentuje chyba w żadnym calu tego, który zbudowano na początku XIII wieku. Bajeczna forteca bynajmniej nie była miejscem sielanki. W średniowieczu mieściło się tu więzienie, gdzie obcinano ludziom ręce, głowy, przypalano i ćwiartowano! Tym miłym akcentem zakończyliśmy naszą przechadzkę. To było w sumie najszybsze zwiedzanie jakie kiedykolwiek uprawiałem. Piorunem zobaczyliśmy starówkę, pooddychaliśmy tamtejszym jakże czystym powietrzem, aby dokonać weekendu i powrócić na stare śmieci.

7 komentarzyZostaw komentarz

Podziel się z nami swoją opinią!