Jazda po francusku

Zanim podróż się dokonała zdążyłem, wyciągnąć kilka dobrych lekcji na przyszłość. Złotówki wymieniamy na euraki odpowiednio wcześnie, a nie 5 minut przed odjazdem przedostatniego autobusu na lotnisko. Zwłaszcza, że zawsze może się okazać, że kantor który jeszcze niedawno był w miejscu w którym wydawało nam się, że zawsze będzie, nagle wyparuje. No może się przecież wydarzyć, tak więc nie warto ryzykować. I najlepiej być odpowiednio wcześniej na lotnisku, niby tyle razy się latało ale wciąż jakoś ciężko się wstrzelić w to „wcześniej”. Bo może się tak wydarzyć moi drodzy, że na przykład ten Wasz przedostatni autobus się zepsuje, tak, ZEPSUJE SIĘ godzinę przed odlotem. A zastępczy nie przyjedzie, bo i po co. Przyjedzie przecież kolejny, który najpierw będzie stał w kilometrowych korkach, by na styk wyrzucić nas pod terminalem. I zaczyna się bieg i może się też wydarzyć, że nagle jesteśmy jednym z najniebezpieczniejszych przestępców, a bramki piszczą jak szalone kiedy próbujemy przez nie przejść albo przebiec. I żaden wykrywacz metali tu nie pomoże. Tak więc, planując podróż trzeba wziąć pod uwagę nawet lądowanie UFO na pasie startowym, bo i często bywa, że właśnie kiedy rozpoczynamy upragniony urlop, cały wszechświat zwraca się przeciwko nam. Dlaczego więc i nie kosmos? Jednak grunt to dobre nastawienie! Lecimy.

Beauvais

Dolecieliśmy sobie do tej Francji. Tuż po wyjściu z samolotu przywitała nas taka wichura, że zastanawiałem się w jaki sposób pilot zmusił samolot do wylądowania. Był późny wieczór, chcieliśmy dostać się do Beauvais /Bowe/, miasta które słynie z największej na świecie katedry gotyckiej. Pani z punktu informacji dała nam przewodnik i rozkład autobusów. Bieda. Z autobusami bieda. Kilka razy w Internecie natrafiłem na info, że autobusy odjeżdżają po przeciwnej stronie przystanku autobusów w stronę Paryża. To sama prawda, jednak nikt nie wspomniał, że znajduje się to po lewo od wyjścia z terminalu. Finalnie musieliśmy wziąć taksę, a za przyjemność 5 minut jazdy pan skroił nas na 20 euro. Zatrzymaliśmy się tuż pod katedrą więc jakby euforia wzięła górę nad rozsądkiem i nie mogłem się złościć, że to aż tyle kasy. Dużo, niedużo – sami sobie odpowiedzcie. Dodam, że autobus kosztuje 1 euro… i absolutnie nie powinniśmy przeliczać tego na złotówki. Wkrótce jednak okaże się, że taksa kosztowała więcej niż bilet na szybki pociąg z Amiens do Rouen… Jesteśmy w Beauvais, głodno, chłodno a do domu daleko. Bardzo głodno, więc wyruszyliśmy w miasto na polowanie. Chęci były ogromne, ale co z tego. Wszystko pozamykane! Szok w majtach, kręciliśmy się po mieście i z daleka zaczęła migotać do nas stacja paliw. Uff, uratowani! Dreptaliśmy przyspieszonym krokiem z językiem na brodzie, aby skosztować pysznego batonika z orzeszkiem i karmelem oblanego mleczną czekoladą, cokolwiek. Oh ta fatamorgana kosztowała nas wiele, bo wiecie, gdy już doszliśmy do tej stacji okazało się, że jest samoobsługowa a dookoła nawet pies się nie żeni. Ah, co za los. Wściekli, z oślinionymi kołnierzykami, kręciliśmy się wokół komina aż w końcu nadeszło zbawienie. Przebrzydły fastfud jakich niemało i w Polszy, przyniósł nam ulgę i pozwolił nie umrzeć z głodu na obczyźnie. A dietę oczywiście szlag trafił! I wiało, ah wiało a na zdjęciach pogoda jak z bajki i pewnie w nasze cierpienie nikt i tak nie uwierzy.

Amiens

Dobrze, pierwszym punktem naszego planu jest katedra w Amiens, do którego chcemy dotrzeć jak najwcześniej. Po kilku fotach miasta udaliśmy się na stację autobusów, a tam zdziwko. Najbliższy w pożądanym kierunku o 12:30… Okej. Był czas żeby zrobić kolejny przemarsz pod katedrę św. Piotra i nawet sfotografować 1/4 wnętrza, no i powzdychać do murów. Był również czas na znalezienie strawy i na próbę włamu do kościoła St. Etienne, którą w trakcie podróży podjęliśmy niejednokrotnie. Bezskutecznie. Obwieszeni jak wielbłądy, skromnym, weekendowym ekwipunkiem dogłębnie przeanalizowaliśmy każdy kąt miasta, gdy w końcu nadszedł czas powrotu na opustoszałą stację. Bilet z Beauvais do Amiens to 12,20 euro za personę, a czas przyjemności jazdy, 1h. Zarżnięci na amen i wymarznięci do szpiku przycięliśmy komara. Po godzinie nasz dyliżans zaparkował przy wieży Perreta, niedaleko katedry. Boska, co tu dużo mówić. I wcale nie mam na myśli wieży, która wygląda źle. Za dnia przynajmniej. Czym prędzej udaliśmy się do hotelu nieopodal katedry, aby za darmo (to ważne) zostawić bagaż w luggage storage. Wstęp do katedry darmowy (!), coraz bardziej podoba mi się ten kraj! Wiadomo, że każdej z katedr poświęcę osobny temat, więc nie będę teraz rozwodził się nad żadną z nich. Czas spędzony w środku liczymy w godzinach.

Po wypstrykaniu baterii nadszedł czas na lunch, ale na drodze nań stanęło nam sklepiszcze z wyrobami czekoladowymi. Oczy by jadły, tylko gdzie to pchać, smaku opisać się nie da. Wkrótce okazało się, że w tym uniwersyteckim mieście jest dużo więcej takich przybytków… dużo! Do lunchu finalnie nie doszło, za to wstąpiliśmy na herbatkę by podgrzać zmarznięte kości. 3 euro za filiżankę czyli porównywalnie z polskimi realiami, a jak na francuskie to prawie za darmo. Dodam, że znalezienie strawy czy napitku tutaj, w porównaniu do poprzedniej mieścinki, nie graniczyło z cudem. Kilka kroków za katedrą znajduje się dzielnica przy starym porcie miejskim, pełna restauracji i tętniąca życiem. Wybór duży w szczególności specjałów kuchni pikardyjskiej, czyli naleśników! My pochłonęliśmy jednak wielkiego ziemniora pikardyjskiego – Patat a la Picardie (zapewne batat wypchany cebulą, serem, kurczakiem i ziemniakiami), który polecił nam nasz host. Przyjemność ta to koszt 16 euraków. Niebo w gębie!

No właśnie, pierwszy raz zdecydowałem się spać u kogoś przez couchsurfing. Jak dotąd tylko spotykałem się z poznanymi tam ludźmi, gościłem, ale jakoś nie miałem zaufania na tyle, aby nocować u kogoś obcego. Ależ było warto! Dość, że nasz host mówił świetnie po angielsku, co było jak wygrana w lotka, to jeszcze jego mieszkanie znajdowało się naprzeciwko katedry, na poddaszu. Nic lepszego oczekiwać nie mogłem! Wracając, angielski francuzów jest fatalny, a jeżeli mówią już cokolwiek to prosisz Boga o jasność umysłu i łączysz w pary najszybciej jak się da dziwnie brzmiące słowa: „do u want to chair the bill?”, a przykłady mnożyć można w nieskończoność. Amiens, miasto piękne, jednak szybko musieliśmy je opuścić, bowiem pociąg do Rouen odjeżdżał chwilę po 9, a kolejny był dopiero wieczorem. Jego cena to 21,40 euro za osobę powyżej 26 roku życia, poniżej za 16,10. Warto zapytać zatem o zniżkę, gdyż nie trzeba być studentem aby ją uzyskać. Czas podróży to nieco ponad godzina, jednak frustrujący jest fakt prawie totalnego paraliżu komunikacji zbiorowej. Jako, że wszyscy jeżdżą samochodami, pociągi i autobusy świecą pustkami. Dobrze zatem zaplanować wcześniej swoją trasę, chyba że wolimy stuprocentowe spontany.

Rouen

W Rouen chciałem zobaczyć tylko katedrę, potraktowałem miasto bardzo po macoszemu, a tymczasem po wyjściu z dworca nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Podobnego miejsca dotąd nie widziałem. Urocze uliczki pełne kamieniczek w stylu hmm szachulcowym od razu podbiły moje serce. Kosztem pobytu w Amiens wydłużyliśmy pobyt w Rouen, czego nie żałuję. Chociaż katedra z Amiens miała więcej do zaoferowania, to miasto wynagrodziło mi wszystko, bowiem tutaj katedra to nie jedyna atrakcja. Gotyk rzekłbym na każdym kroku, jak w raju! Nacykałem 2500 zdjęć, więc nie będę wspominał ile razy rozładowała mi się bateria ;) Ale było co fotografować! (Znajoma koleżanki zrobiła 1000 zdjęć w Ustce, tak więc to chyba i tak niedużo mi wyszło). Czas pozwolił na szwędaczkę po mieście, na dobre jadło i dogłębną analizę dwóch gotyckich świątyń oprócz katedry, opactwa Saint-Ouen i kościoła Saint-Maclou do których wstęp był całkowicie darmowy. O mało nie zostawiłem tam swojej szczęki. Myślę, że przy kolejnej wyprawie do Francji muszę skołować sobie jakiś zacisk, bo kiedyś ją zgubię. Z podziwu oczywiście.

Wspaniale, że lot powrotny mieliśmy późnym wieczorem, ale żeby dostać się do miejsca przeznaczenia w ogóle nie było łatwo. Znów, wczesnym rankiem opuściliśmy legowisko, aby udać się na stacyjkę autobusową przy Muzeum Sztuki. Połączeń z Beauvais niet. O 11:30 wyruszał za to jeden z trzech autobusów linii 73 do Gournay-en-Bray, którego nazwę poprawnie kosztowało mnie wymówić za całe 2 euro. Tak oto jadąc przez Wielką Brytanię, Alaskę i zahaczając o Stany Zjednoczone dotarliśmy do mieścinki na końcu świata. Wysiedliśmy obok dzwonu na Place d’Arms i co dalej? Miał stamtąd zabrać nas inny autobus za około godzinkę w stronę Beauvais, rzekomo. Zaczęła się walka z czasem i desperackie poszukiwania jakiejkolwiek duszy, która chociażby na migi wytłumaczyłaby nam jak dojść na inny przystanek. O dziwo znalazł się pancio, który dość dobrze mówił po angielsku i z łatwością wyjaśnił nam jak poruszać się po wioseczce. Zestresowani, pod presją czasu – zgubiliśmy się haha. Zaczepiliśmy innego pancia, który wymachał nam jak dojść na „stację”. I rozpętało się piekło. Na raz, ni z gruchy ni z ropuchy zaszły chmury, zerwał się przeokropny wiatr i zaczęło lać! Deszcz ze śniegiem przepędził nas do miejsca z którego odjeżdżały autobusy! Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że autobus odjeżdżał spod rurki przy szkole dla chłopców Saint-Hildevert! Bez żadnego zadaszenia w pobliżu. Horror! Po 10 minutach nie pozostała na nas ani jedna sucha nitka, a ilość przekleństw wypadała wraz z prędkością wiatru. Tuż przed planowaną godziną odjazdu rozstąpiły się chmurki, wyszło słoneczko i gdy już siedzieliśmy w autobusie linii 41, zastanawialiśmy się czy faktycznie wydarzyło się to co się wydarzyło. Kolejny etap podróży to również 2 euro za osobę. A w Beauvais wiadomo co robiliśmy ;)

W ten jakże krótki weekend udało nam się zobaczyć tyle rzeczy, że aż trudno uwierzyć, że to możliwe. A jednak!

Powiązane wpisy:

11 komentarzyZostaw komentarz

  • Jak zwykle ciekawy opis i świetne zdjęcia. Czekam na kolejne wpisy poświęcone poszczególnym katedrom.

    P. S.
    Też mi się spodobała lokalizacja mieszkania hosta, taki widok z okna sama mogłabym mieć :)

  • Powinnam się uczyć teraz do egzaminu z francuskiego, ale uspokajam sumienie, że czytanie o Francji jest z tym w jakiś sposób powiązane.
    Ląduje czasem w Bovais, ale nigdy go nie widziałam naprawdę…
    A do Rouen to już w ogóle mnie przekonałeś tym i osobnym artykułem o nim. Dopisuję do listy :D

    • Wszystkie trzy miasta, które opisałem są przepiękne. Zainspirowały mnie do dalszej eksploracji ;) Następne na ruszt pójdą Reims, Soissons i Laon. Co do Rouen, jest magiczne. Byłem oczarowany tym miastem i zalecam każdemu. W Beauvais katedra wbija w ziemię. Co do francuskiego to trzeba się uczyć, bo inaczej będzie na migi hihi

    • To pewnie niechęć na tle historycznym, chyba podobnie jak u nas – z naszymi sąsiadami :) Chociaż my nie boimy się mówić. Okolice cudowne, zalecam jeśli już kiedyś się tam wybierzesz. Francja jest obłędna!

  • Klimat fotek rodem z filmu “Inni” ;) Widać, że gotyk to Twoja miłość. A ciekawi mnie właśnie, ile razy się rozładowała bateria i co to za aparat? Fajnie, że coachsurfing Ci zadziałał, bo ja np. póki co mam pecha. A młodzi Francuzi, moim zdaniem, często mówią świetnie po angielsku, choć ja akurat w rozmowach z nimi staram się dukać po francusku i na ogół są zachwyceni ;)

Podziel się z nami swoją opinią!


Notice: Trying to get property of non-object in /home/sekuladaqc/www/WordPress3/wp-content/plugins/jetpack/modules/gravatar-hovercards.php on line 238