Górna Normandia (Francja)

Szlakiem francuskiego gotyku CZĘŚĆ 4

Górna Normandia to jeden z najbogatszych rejonów średniowiecznej Francji, miejsce należące do ludzi północy, czyli średniowiecznych piratów zza morza. I oczywiście, opactwa, kościoły, katedry, zamki i Góra Świętego Michała. Taki miał być plan tej wyprawy ;) !

Saint-Germer-de-Fly

Poranna mgła jeszcze nie opadła, słońce leniwie przesuwało się nad horyzontem spowijając okolice w mroku. To miał być dzień, który zapamiętam do końca życia lecz od momentu kiedy otworzyłem oczy zastanawiałem się nad tym czy cokolwiek może mnie jeszcze bardziej urzec, niż to co już widziałem? No raczej. Jechaliśmy zatem powozem zaprzęgniętym w całe stado mechanicznych koni wąskimi uliczkami na francuskiej prowincji, gdzie czas wydawał się nie mieć żadnego znaczenia. Ostry wiatr kołysał wysokimi topolami gdzieś w oddali wyznaczając własność panów tych rozległych ziem. I nagle pierdut, nawigacja oszalała! W pytę jeża, skąd mamy wiedzieć dokąd jechać skoro nawet ona nie wie gdzie jest… To był sabotaż, drwina! Utknęliśmy w szczerym polu. Dając nawi czas do namysłu postanowiliśmy cieszyć się chwilą i modlić do blaszanego dyliżansu o jasność umysłu – dla niego. Podziałało. 15 minut później kropka na mapie  stała się żywym organizmem. Już chwilę po tym wyczułem bezsens tego stwierdzenia. Wbijający się jak igły w skórę, lodowaty wiatr wezbrał na sile i ewidentnie zapędził wszystkich do jednego chyba miejsca rozrywki w tym mieście – speluny przy parkingu. Dochodziła 8:30.

Saint Germer de Fly szczyci się posiadaniem pięknego, romańskiego kompleksu klasztornego do którego przylega gotycka kaplica Sainte Chapelle. Choć wieczorowa pora o poranku w połączeniu z wiatrem wyjątkowo nie sprzyjała, musieliśmy wytrzymać. W głowie mieliśmy setki przejechanych kilometrów jako główna motywacja do wytrzymania trudnych warunków klimatycznych. Na drzwiach kaplicy zaś kartka “Te drzwi otwarte są codziennie od 9:15”. Zasiedliśmy w ustawionym na wprost wejścia dyliżansie, czekając na otwarcie wrót.

Skandal! No przecież ile można czekać! Chwała, że biuro turystyczne (OMG!) jest już otwarte. Idziem tam! Zrobimy im taką apokalipsę jaka świętemu Janowi się nie śniła! Napięty jak struna do granic możliwości grafik nie pozwalał nam na takie marnotrawienie czasu. Dziń dobry, dziń dybry… Świetnie, znów śmierć w oczach i zabawa w The Sims podczas konwersacji. –Pani, która dzierży klucze ma ruchome godziny pracy, ale już powinna tu być. -No też mi odkrycie! Już dawno powinna tu być! Po kilku niespokojnych rundach z widłami w ręku wydębliśmy klucz! Ha. Kaplica piękna, trud opłacił się ale co to znowuż!? Roboty! Do lata 2016! Tego już chyba za wiele. Lekko zasmuceni pięknym widokiem, który rozpościerał się poza naszym zasięgiem wybiegliśmy w popłochu. Dwie sekundy później gnała jak szalona, czerwoną puzderniczką z impetem diabłu podobnym. Zapiszczały gumowe ochraniacze puzderniczki, bez gracji wyskoczyła z niej jak Filip z Konopii pełna werwy, zapewne na dragach, starsza kobietka – lat 70. Niezrozumiałym piskiem połączonym z warkiem i skrzeczeniem zaczęła machać ręką w zapraszającym geście… W obawie o własne życie wbiegłem do auta, krzycząc Jedźmy, jedźmy szybko! Tak było.

Rouen

Nie sądziłem, że tak szybko wrócę do Rouen. Podobało mi się od pierwszych sekund, ale nie sądziłem też że wrócę do Beauvais, Metzu czy Kutnej Hory w tym roku, a tu proszę! Dwa razy w każdym to dzika rozpusta. Nie mogłem nie wykorzystać tej sytuacji, aby choć przez chwilę napawać się boskimi kształtami najpiękniejszego opactwa jakie widziałem – Saint-Ouen no i katedra Naszej Pani! Nareszcie skończyli remont fasady, więc warto byłoby rzucić okiem i na nią. Ah, warto po stokroć warto żyć dla takich chwil. Sopelek, który imitowałem zdecydowanie miękł i sikał po kostkach raz po raz patrząc na cuda architektury Rouen. I lazaret, ten sam którego nie znaleźliśmy za pierwszym razem. Nie będę rozwodził się nad miastem, bo zupełnie niedawno poświęciłem Rouen wpis z poprzedniej wizyty. Krótki aczkolwiek treściwy przystanek był ostatnim przed opactwem świętego Jerzego z Boscherville (Abbaye Saint-Georges-de-Boscherville).

Opactwo Boscherville

Dyliżans powoli posuwał się pomiędzy nieskończonymi sznurami innych, które wokół miasta tworzyły plecionkę bardziej wymyślną niż niejedna pajęczyna. Droga do odległego o 12 kilometrów Boscherville zdawała się trwać wieczność. W sumie 15 minut to niewielki czas jak na wieczność, jednak pragnienie zobaczenia tego miejsca było wówczas większe niż cokolwiek. Zupełnie naturalnie i bezproblemowo znaleźliśmy interesujący nas obiekt. W porównaniu z niedalekim Rouen robił wrażenie jak z innego świata.

Przeszywający, lodowaty wiatr ustąpił słońcu, które oświetlało biały piaskowiec będący głównym budulcem XII – wiecznego kościoła opactwa. Dookoła cisza. Głośne skrzypienie wrót do romańskiej świątyni o typowych dla Normandii kształtach zmąciło panujący tam spokój. Wraz z pierwszymi krokami ku transeptowi  migoczące w niemalże oślepiającym świetle, tańczyły pyłki kurzu. Przywykliśmy już do ekskluzywnych wizyt, w miejscach opuszczonych przez ludzi, więc nie byłoby to nic wielkiego… gdyby nie jej niezwykle jasne wnętrze. Ah i te ogrody!  Zorganizowane na siedmiu hektarach posiadłości, pielęgnowane z taką dbałością, że przez pół dnia miałem wyrzuty po zdeptaniu równo przyciętego krawężnika. Jestem okropny! Musiałem jednak jeszcze raz zgrzeszyć, aby zapamiętać ten obraz z jego najlepszej strony.

Chciałem być w tych wszystkich miejscach i cieszyłem się. Jak dziecko się cieszyłem z każdym nowym odkryciem, ale w końcu mieliśmy zobaczyć to, na co tak bardzo czekałem. Punkt od którego byliśmy o krok mienił się w oddali na co zwróciły nam uwagę jeszcze tablice w ogrodach Boscherville…

CDN.

http://www.abbaye-saint-georges.com/gb/saint-georges-abbey.php

Powiązane wpisy:

12 komentarzyZostaw komentarz

Podziel się z nami swoją opinią!