Autor - sekulada

Rumunia – Informacje praktyczne

Rumunia - Informacje praktyczne (Transylwania i Bukowina)

Rumunia to wciąż niedoceniony turystycznie kawałek świata, a szkoda bo zdaje się oferować nieskończony wachlarz atrakcji, które urzekną każdego. Naszym celem były, rzecz jasna budowle  sakralne Wieków Średnich oraz zamki, stąd też wpis ukierunkowany jest właśnie pod tym kątem.

Postarałem się zebrać garść informacji, które mam nadzieję, pomogą Wam zaplanować Waszą podróż. Jeśli zamierzacie więc wybrać się wkrótce do ojczyzny Drakuli, zapraszam do zapoznania się z wpisem Rumunia – Informacje praktyczne na przykładzie Transylwanii i Bukowiny. W przypadku pomysłów na aktualizację poruszonych kwestii lub pytań, dajcie znać w komentarzach :) Jeśli będę potrafił, służę pomocą!

Dlaczego warto pojechać do Rumunii?

W zasadzie dlaczego nie?! Wyznaję zasadę, że zawsze warto, chociażby dla zaspokojenia ciekawości czy dla brylowania przed znajomymi. Każdy powód jest dobry! Jakby nie było, w Polsce rozmowa o wakacjach w Rumunii to wciąż temat abstrakcyjny, jak polowanie na jednorożce, a tymczasem kraj jest naprawdę wartym odwiedzin.

Nieupiorny Bran – zamek Drakuli w Transylwanii.

Sam podzieliłbym jego dobroci na dwie grupy: tereny sowicie obdarzone przez naturę, jak czarujące w każdym calu pasmo Karpat, płonąca ziemia czy wulkany błotne oraz niewątpliwie wspaniałe pomniki architektury: drewniane kościoły Marmaroszu, cerkwie Bukowiny, kościoły warowne czy zamki chłopskie Transylwanii. Dodatkowym bodźcem za wyprawą do tego rejonu Europy jest niespotykana już w wielu miejscach sielskość krajobrazu. Urocze wioseczki, broniące się przed wpływami zachodniej cywilizacji są tu niczym ostatnie bastiony przeszłości.

Kiedy najlepiej wybrać się do Rumunii?

Górzyste tereny, w wielu przypadkach o wątpliwej dostępności sprawiają, że najlepiej obstawiać cieplejsze miesiące. Przewodniki zgodnie typują wczesną jesień jako idealny czas na zwiedzanie kraju. Na pewno musi być tu wtedy bajecznie, głównie przez wzgląd na paletę barw, która pokrywa szczyty. Niemniej jednak, osobiście wybrałem się tu w lipcu i sierpniu i przyznam, że jeśli ktoś nie lubi morderczych upałów, lepiej faktycznie odstawić taką podróż na wrzesień czy październik. W miesiącach wakacyjnych jest tutaj około 35 stopni, co nieco utrudnia zwiedzanie.

Wakacje to też okres dużego obłożenia turystycznego. Dajmy na to taki np. zamek Bran (rum. Castelul Bran) czy zamek Peles (rum. Castelul Peleș) w Siani pękają w szwach. Z potwierdzonego info natomiast wiem, że jesienią, przynajmniej w Branie, możemy czuć się jak u siebie w domu. Za tą porą przemawia także dobra przejrzystość powietrza, która jest kluczowa dla pięknych zdjęć z wyprawy. Trzeba jednak wiedzieć, że narażamy się wtedy na krótsze godziny otwarcia różnych obiektów. Trasa Transfogarska (rum. Transfăgărășan) przykładowo otwarta jest od 15 czerwca do 15 września, więc jeśli chcemy ją zobaczyć, będziemy musieli sobie podporządkować wyjazd temu grafikowi. Zima to ciężki okres przez wzgląd na śnieg, który może znacznie utrudnić dojazd do wybranych miejsc. Przyznać jednak trzeba, że przejrzystość powietrza w górach jest wtedy najlepsza. Wczesna wiosna zaś to błoto i duże zachmurzenie, które przyćmiewa naturalne piękno Rumunii. Sami jednak zdecydujecie o najbardziej odpowiadającej Wam porze.

O czym należy pamiętać przed wyjazdem?

Jeśli chodzi o formalności, to nie ma ich zbyt wiele. Aby wjechać do Rumunii wystarczy nam dowód osobisty i winieta (rum. e-rovinieta), którą nabyć możemy tuż po przekroczeniu granicy. Jej koszt to 7 EUR na 30 dni i 3 EUR na tydzień. Oczywiście musimy także posiadać ważne ubezpieczenie OC i wypada przemyśleć zakup ubezpieczenia AC w razie nieprzewidzianych wypadków.

Warto wiedzieć, że Rumunia nie leży w tej samej strefie czasowej, w której leży Polska. Od ostatniej niedzieli marca do ostatniej soboty września jest to czas UTC+2h, a w pozostałym okresie UTC+3h. Wjeżdżając zatem na teren tego państwa tracimy godzinę. Zegarki więc trzeba będzie przestawić o jedną godzinę do przodu.

Sprawdź 10 najpiękniejszych miejsc w Rumunii!

Parkingi w większych miastach są płatne, od poniedziałku do soboty, od 7 do 18. Zazwyczaj za 5 lei będziemy mogli zostawić auto na cały dzień. Przy wielu obiektach typu monastyry lub kościoły warowne z listy UNESCO również trzeba liczyć się z poniesieniem takiej opłaty. W Biertanie płacimy na przykład 5 lei za cały dzień, a w monastyrze Humorolui 2 leje za godzinę. Rozpiętość opłat jest różna, a najlepiej widać to na przykładzie zamku Peles, gdzie godzina parkingu kosztuje 10 lei. Biorąc pod uwagę, że spokojne zwiedzanie wymaga około 4-5 godzin, zbiera się całkiem ładna kwota.

Rumunia jest krajem stosunkowo bezpiecznym. Lokalna ludność jest zazwyczaj przemiła, a jedynym minusem są żebrzące dzieci, które często wprowadzają w zakłopotanie. W temacie przemiłej ludności muszę dodać, że bardzo łatwo porozumieć się tu można w języku angielskim, a w Transylwanii w języku niemieckim. Oczywistym jest też fakt, że wielu Rumunów mówi w języki węgierskim. Jeśli nie mówimy w żadnym z tych języków możemy dogadać się na migi :) Do kilku kościołów udało nam się wejść właśnie w ten sposób.

Jeśli chodzi o niespodzianki, które mogą nas spotkać w górach, szczególnie uważać należy na żmije i niedźwiedzie! Odrębnym tematem są psy pasterskie, które bywają dość agresywne. Właściwie nie tylko pasterskie, bo w Rumunii jest cała masa bezpańskich psów, które napotkać możemy przy każdej okazji. Sami zostaliśmy zaatakowani przez gromadę psów, będąc na wzgórzu z którego droga ucieczki była beznadzieja. Szczęśliwie mieliśmy ze sobą statyw i plecaki, aby odeprzeć ich atak. Przez długą chwilę myślałem, że nie uda nam się odejść w spokoju, ale trudny teren i przepaść odcięła im możliwość otoczenia nas, co pozwoliło spokojnie się wycofać. Pierwszy raz przydarzyło nam się coś podobnego, więc jednak takie rzeczy to nie legendy.

Pieniądze w Rumunii

Walutą Rumunii są leje (RON – nowa leja rumuńska), których kurs jest obecnie niższy niż kurs naszej złotówki (ok. 93 grosze na VIII 2017). W Polsce jednak najlepiej zaopatrzyć się tylko w niezbędną ilość lei, np. na drobne zakupy i pierwszy nocleg. Resztę wygodniej będzie zabrać w euro z prostej przyczyny: kurs lei w Polsce jest niekorzystny. Dzięki temu, przy odpowiedniej ilości, kawa i ciastko będą gratis ;)! Możemy naturalnie płacić tu w euro, choćby za noclegi, ale nie będzie to już wtedy dla nas opłacalne. Wymiana waluty w Rumunii nie jest problemem, kantorów czy banków znajdziemy tutaj sporo, a najlepszego kursu spodziewać się możemy w dużych miastach. Najlepiej w głębi kraju.

Jeśli chodzi o stosunek cen, względem tych w Polsce, to wiele produktów jest nieco tańszych. Droższy niż w naszym kraju jest jednak nabiał, ale różnice cenowe to nie kwestie ciężkich złotówek, ale często kilkudziesięciu groszy. Da się to przeżyć. W związku z wyrównanymi cenami myślę, że śmiało możecie zaplanować sobie kosztorys podobnie, jakbyście spędzali wakacje w Polsce.

Jak dojechać do Rumunii?

Dość sensownym rozwiązaniem na podróż do Rumunii jest po prostu podróż autem. Wspomnieć jednak należy o autobusach Elabus, które kursują z Polski do Rumunii oraz Bułgarii. Dobrą opcją są także loty do Bukaresztu, które oferuje nasz rodzimy przewoźnik, Polskie Linie Lotnicze LOT lub WizzAir. Tak więc jeśli chodzi o drogę do kraju hrabiego Drakuli, ta którą uskuteczniliśmy, wiodła nas przez Nowy Sącz, Preszów i Koszyce na Słowacji oraz Nyiregyhazę i Nyirbator na Węgrzech aż do Carei w Rumunii.  Najszybciej jednak byłoby chyba pojechać z Koszyc do Csenger i przekroczyć granicę Węgier w miejscowości Petea. Jeśli zależy nam na czasie, warto przedłużyć drogę z Koszyc aż do Debreczyna i dostać się przez Bors do Oradei. Rumunia to w większości góry, a niekoniecznie dobre w wielu miejscach drogi nie pomogą nam nadrobić straconych minut.

Styl jazdy Rumunów to jakiś matrix, wyprzedzanie na górskich serpentynach, jazda na trzeciego i setki  innych zachowań, prowokujących ekstremalnie niebezpieczne sytuacje to tutaj norma. Średnio kilkanaście razy na dzień łapałem się za serce ze stanem przedzawałowym. Dodatkowo, często drogi lokalne i niekiedy krajowe usłane są dziurami, które przypominają slalom z przeszkodami. Niebezpieczne zachowania ułatwiają też braki linii czy wyłączona sygnalizacja świetlna. W bonusie napotkać można też bezpańskie psy czy zwierzęta hodowlane, które chodzą właściwie wszędzie. W miasteczkach czy wsiach nierzadko spotkamy się z furmankami, wehikułami o których w życiu nam się nie śniło lub rowerzystami, którzy dzielnie mknąć będą środkiem ulicy lub po prostu stać i rozprawiać z sąsiadami. Warto przygotować się psychicznie na takie niespodzianki i mieć oczy szeroko otwarte.

Jadło, czyli kuchnia rumuńska w skrócie

Rumuńska kuchnia to przede wszystkim dania ciężkie i syte, często podawane z dodatkiem mamałygi (kaszy kukurydzianej) oraz gęstej śmietany. Wartymi spróbowania są tu na pewno sarmale, zawijane w liściach kapusty kiszonej lub winorośli mięso z ryżem, czyli danie na wzór naszych gołąbków. Nieco delikatniejsze jednak i podawane właśnie w towarzystwie mamałygi oraz golonki lub kiszonej kapusty. Czymś godnym wspomnienia są też tak zwane mici lub mititei, czyli mielone mięso w formie kiełbaski, pieczone na grillu.

Jako dodatek do obiadu zamówić można np. surową paprykę, pokrojoną w plasterki lub inne warzywa. Sałatką natomiast może okazać się, pyszna zresztą, poszatkowana świeża kapusta, skropiona oliwą i winegretem. Do zupy fasolowej zaś, dostać możemy miseczkę cebuli! Przyznaję, że ta niecodzienna kombinacja smakuje wyśmienicie. Warto też spróbować zupy gulaszowej, na przykład w chlebie lub też samego gulaszu. Wiele dań zawiera też intensywny ser owczy, który niestety nie połechtał moich kubków smakowych, ale nadmienię, że można dostać tu a’la gzika, którego składnikiem jest ów ser, mamałyga i skwarki.

Na deser natomiast polecam z czystym sumieniem genialne papanași, czyli pączki oblane konfiturą (np. wiśniami lub jagodami) i gęstą śmietaną! Niebo w gębie! Jeśli nie pączki, to naleśniki z podobnym nadzieniem lub z serem i miodem. Świetną przekąską będą też covrigi, czyli precle lub obwarzanki ze słodkim nadzieniem oraz powszechny kurtoszkalacz (węg. kürtőskalács), czyli drożdżowe ciasto kominowe. A wszystko to w towarzystwie soku/kompotu z bzu!

Zwiedzanie kościołów warownych Transylwanii

Zwiedzanie kościołów warownych w Rumunii to w większości przypadków dość emocjonująca przygoda. O ile kościoły na dole nie różnią się specjalnie od siebie, to wejście na emporę jest nierzadko pewnym wyzwaniem. Zazwyczaj w każdym miejscu można zobaczyć halę kościoła z poziomu wyżej, ale prawdziwe wyzwanie czekać będzie na nas u czoła kościoła. Prawie zawsze istnieje możliwość wejścia na wieżę kościoła, dzięki czemu podziwiać możemy fantastyczne widoki, jakie oferuje nam Transylwania.

Niestety droga do góry często usłana jest przeszkodami, które mogą napędzić nam stracha, nawet jeśli nie mamy lęku wysokości. Pewni możemy być dziur w podłogach, skrzypiących i spróchniałych desek, śliskich schodów lub ich częściowego braku, ale najciekawsze czeka nas dopiero u szczytu. Bywa, że podłoga wieży wspaniale ukazuje nam grunt, gdzieś tam u dołu! W Valea Villor lub w opactwie Cârţa (rum. Mănăstirea Cârţa) na przykład brakuje kawałka ściany u drogi na szczyt. W związku z takimi atrakcjami nie raz zobaczymy kartkę, która powiadomi nas że robimy to na własne ryzyko. Jeśli nie kartka,  to na pewno persona, która nas tam wpuściła. Taka rozrywka to z pewnością rzecz ludzi o mocnych nerwach!

Zwiedzanie monastyrów obronnych Bukowiny

Zwiedzanie monastyrów obronnych Bukowiny to czynność, którą warto dobrze zaplanować. Mam tu na myśli urozmaicenie planu podróży tak, aby nie stanowiły one punktów bezpośrednio po sobie. Pomimo nieocenionej wartości architektury i oczywiście bezcennych fresków, mogą nam niestety szybko spowszednieć. Wstęp na teren monastyru to w większości przypadków koszt 5 lei i dodatkowo 10 lei za możliwość robienia zdjęć. Cerkwie pozwala się fotografować wyłącznie z zewnątrz, aczkolwiek są wyjątki od tej reguły (np. Monastyr Putna). Pamiętajmy jednak w środku, aby robić to dyskretnie. Niezaznajomionym z obrządkiem grekokatolickim napomknę, że jest on nieco bardziej rygorystyczny niż rzymskokatolicki, więc wypada pogłębić temat przed podróżą.

Odnośnie zdjęć chętnie dodam też, że opłata ta powinna zostać uiszczona także w przypadku fotografii wykonywanych smartfonami. Koszt nie jest wygórowany, a pomagamy tutejszym w utrzymaniu tego miejsca. Poza tym  umówmy się: foto to foto. Trzeba pamiętać, że większość monastyrów jest zamieszkana, więc wypada z należytym szacunkiem traktować ich mieszkańców.  W imię tej zasady, chyba w każdym monastyrze uprasza się na przykład o nie fotografowanie zakonników czy zakonnic. Nikt przecież nie lubi być traktowany jak eksponat w muzeum. Trzeba będzie też koniecznie pamiętać o odpowiednim ubiorze – koszulki na ramiączkach, krótkie spodenki u mężczyzn i spódniczki u kobiet odpadają. Nieliczne monastyry są na to przygotowane, oferując odwiedzającym odpowiednie odzienie. Do większości z monastyrów jednak po prostu nie wejdziemy.

10 najpiękniejszych miejsc w Rumunii

10 najpiękniejszych miejsc w Rumunii

Rumunia wciąż wydaje się być mało atrakcyjnym kierunkiem turystycznym. Przyznam, że to zaskakujące, zważywszy na fakt jej niesamowitego bogactwa kulturowego czy przyrodniczego jakie oferuje. Przykłady można by prezentować bez końca, ale oczywiście najlepiej odkryć je samemu. Po kolejnej wizycie w kraju hrabiego Drakuli, chciałbym pokazać Wam obiekty, które urzekły mnie najbardziej. Spośród niezliczonej liczby dobroci, wybrałem te znane i mniej znane. Wierzę, że uda mi się dzięki temu rozbudzić Waszą ciekawość i powieść na podbój Europy południowo-wschodniej :) !

Oto lista moich, 10 najpiękniejszych miejsc w Rumunii.

1. Zamek w Hunedoarze

Siedmiogród usłany jest wspaniałymi warowniami, ale żadna nie może konkurować z tą z Hunedoary (ro. Castelul Corvinilor, węg. Vajdahunyad vár). Dzieło Jana Hunyadego to potężna, gotycka budowla z późniejszą domieszką renesansu, którą wniósł król Węgier, Maciej Korwin. Smaczkami architektury są tu na pewno dwunawowa Sala Rycerska o sklepieniu krzyżowo-żebrowym oraz wyprowadzona poza obwód obronny, wieża Ne Boisa.

Śladami hrabiego Drakuli po Rumunii.

Złowieszcza sylweta szlacheckiej rezydencji stanowi po dziś dzień esencję średniowiecznej fortecy, a ta bez wątpienia pobudza naszą wyobraźnię. Według jednej z legend, to właśnie tutaj, przez siedem lat więziono słynnego Włada Palownika. Zamek w Hunedoarze to zatem świetny początek dla trasy śladami hrabiego Drakuli po Rumunii. Przy okazji, wiecie, że ma on także swoją kopię nieco bliżej Polski? :)

2. Kościół warowny w Biertanie

Kościół warowny w Biertanie (niem. Birthälm, węg. Berethalom) to ucieleśnienie idei zamku Bożego, którą z powodzeniem rozwinęli Sasi Siedmiogrodzcy. Wpisany w 1993 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest więc jednym z aż 170 podobnych mu zamków Transylwanii. Ideą takiego rozwiązania była naturalnie obrona miejscowej ludności, która mogła znaleźć tu schronienie podczas ewentualnego najazdu.

XVI-wieczny kościół w Biertanie, dzięki swej potężnej konstrukcji w postaci trzynawowej hali, otoczonej trzema pierścieniami murów jest jednym z najbardziej imponujących obiektów tego typu. Dodatkowo, oprócz majestatycznej bryły, wyróżnia się na tle innych brakiem miejsca na chaty dla broniących się tam ludzi. Zapewne trudność jego zdobycia nie wymagała takiego rozwiązania. Widać Boska opatrzność była wystarczająca.

3. Brașov

Braszów (rum. Brașov, węg. Brassó, niem. Kronstadt) to jedno z najpiękniej położonych miast Rumunii. Zlokalizowana przy górze Tampie starówka stała się w średniowieczu zalążkiem najlepiej ufortyfikowanego grodu w Transylwanii. W jego sercu natomiast wzniesiono tak zwany Czarny Kościół (rum. Biserica Neagră, niem. Schwarze Kirche, węg. Fekete templom), który od wieków podkreśla rangę dawnej Korony (łac. Corona).

Po dziś dzień zachowało się znacznie więcej budowli wieków minionych, które nadal okala pierścień obwarowań, z bastionem Tkaczy (rum. Bastionul Țesătorilor) na czele. Szczęśliwie, dzięki specyficznej topografii, udało się uniknąć destrukcji na rzecz budowy nowych obiektów. Właśnie dzięki temu panuje tutaj niesamowity klimat, który poprzez architekturę ukazuje nam historię rozwoju miasta.

4. Monastyr Voroneț

Monastyr Voroneț (pol. Woroniec) to jeden z ośmiu wspaniałych monastyrów obronnych Bukowiny, które zagościły na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Podobnie do transylwańskich kościołów warownych, w centrum umocnień monastyrów, znajdują się miejsca kultu. O unikalności tych obiektów stanowi, zachowana według tej samej reguły dekoracja ścian wewnętrznych cerkwi oraz ewoluująca idea wielkich dzieł na ich ścianach zewnętrznych.

Rumunia – Informacje praktyczne, czyli kilka porad przed podróżą.

Inspirowany sztuką Bizancjum, XV i XVI-wieczny nurt wydał w Voroneț przypuszczalnie najwspanialsze malowidło. Monumentalny fresk elewacji zachodniej, na swych pięciu poziomach, przedstawia wizję Sądu Ostatecznego. Barwą dominującą w jego zewnętrznej dekoracji jest charakterystyczny błękit. Na tle innych wyróżnia się on także wprowadzeniem elementów typowych dla tego regionu Mołdawii. Jego sława dziś współmierna jest do liczby odwiedzających to miejsce.

5. Twierdza Rupea

Twierdza Rupea (rum. Cetatea Rupea, niem. Burg Reps, węg. Kőhalmi vár), a właściwie zamek chłopski, położony jest pomiędzy Segieszowem (Sighișoara) a Braszowem (Brașov). Od zawsze był to punkt strategiczny, w związku z czym miejscowi wznieśli tu olbrzymią warownię, aby chronić się przed częstymi atakami wroga. Rozbudowywana aż do XVII wieku budowla popadła ostatecznie w ruinę.

Dzisiaj jednak jest to jeden z niewielu, obok zamków w Râșnov czy Câlnic, przykładów fortec budowanych przez lokalną społeczność. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich, ten tutaj wciąż pozostaje poza zasięgiem hord turystów. Dzięki temu można w spokoju kontemplować ten fenomen architektury oraz podziwiać idylliczne krajobrazy Transylwanii i oczywiście panoramę miasta, leżącego u stóp twierdzy.

6. Ruiny klasztoru Cârţa

Ruiny klasztoru Cârţa (rum. Mănăstirea Cârţa) to pamiątka po Cystersach, którzy utworzyli tu jeden z najbardziej wysuniętych na wschód Europy ośrodków. Poprzez fundację tego miejsca i działalność braci udało się przemycić do Siedmiogrodu kiełki najczystszego, Francuskiego gotyku z Pontigny.

Dziewicza Rumunia – dawne wspomnienia.

Niestety, jeszcze przed końcem XV wieku, zniszczono klasztor o niespełna trzywiekowej tradycji. Echo dawnej świetności odbija się dziś od jego nagich murów, w których spoczywają żołnierze I wojny światowej.

7. Viscri

Viscri (rum. Biserica fortificată din Viscri, niem. Kirchenburg von Deutschweißkirch) to chyba najbardziej urocza osada Transylwanii. Swoją nazwę wzięła ona od białego kościoła warownego, który wraz z jej zabudowaniami znajduje się dziś pod ochroną UNESCO. Już sama droga tutaj, choć usłana wszelkimi możliwymi przeszkodami, jest niczym powrót do przeszłości, wypełnionej codziennością Sasów Siedmiogrodzkich.

Dzięki trudnej dostępności, Viscri jest jak oaza na pustyni. W obliczu wdzierających się podstępnie dobrodziejstw kultury zachodu, wioseczka jest unikatem, który wciąż broni się przed nowoczesnością. Nieczęsto spotykany nastrój i poczucie, że świat zewnętrzny nie istnieje, sprawi że każdy doceni to miejsce.

8. Kościół warowny w Prejmer

Kościół warowny w Prejmer (rum. Biserica fortificată din Prejmer, niem. Kirchenburg von Tartlau), jak wiele zacnych budowli w regionie, wiążę swą historię z krzyżakami. To właśnie oni zapoczątkowali jego budowę, a kontynuacją zajęli się cystersi, ze wspomnianego już klasztoru w Cârţa. Owocem ciężkich prac jest więc piękny kościół, o potężnych obwarowaniach, o grubości około 4,5 metra. Dodatkowo, wysokość muru sięga od 12 do 14 metrów, co czyni go jedną z najlepiej strzeżonych świątyń Transylwanii.

Imponująca fortyfikacja robi ogromne wrażenie, zwłaszcza w środku. Tutaj bowiem, w przeciwieństwie do Biertanu, podziwiać możemy miasteczko, jakim stawała się ta zmyślna konstrukcja podczas najazdów! Mur okalający pełni bowiem funkcję trzonu dla ponad 270 pomieszczeń. To właśnie w nich, miejscowi wraz ze swoim dobytkiem znaleźć mogli suchy kąt i przeczekać atak nieprzyjaciela. Ciężko oczekiwać czegoś podobnego patrząc na budowlę z zewnątrz. Kościół warowny w Prejmer to też kolejny punkt z prestiżowej listy UNESCO.

9. Sighișoara

Segieszów (rum. Sighișoara, niem. Schäßburg, węg. Segesvár) jest jednym z najważniejszych miast Transylwanii, a jego korzenie sięgają Wieków Średnich i oczywiście łączą się z historią Sasów. To oni rozbudowali osadę, wzniesioną na wzgórzu i ufortyfikowali ją według obecnego wciąż planu. W jego panoramie wyróżnia się piękna, XIII-wieczna wieża zegarowa i dom Włada Tepesa, znanego jako hrabia Drakula.

Również i dla średniowiecznej cytadeli znalazło się miejsce na liście UNESCO. Powiedzieć, że jej uliczki są magiczne to zbyt wiele, ale na pewno miasto ma swój urok. Sądząc po tłumach, Sighișoara musi znajdować się w czołówce najchętniej odwiedzanych miast w Rumunii. W zasadzie nie ma ona zbyt wielu konkurentów w swej kategorii.

10. Zamek w Branie

Zamek w Branie (rum. Castelul Bran, niem. Törzburg, węg. Törcsvár) to najbardziej rozsławiona w świecie, rumuńska twierdza. Nie ma się co dziwić, bowiem Bram Stoker, w swej powieści z 1897 roku, zrobił z niej prawdziwe siedlisko wampira. Nawet jeśli Wład Palownik był tu tylko przejazdem, teraz to nie istotne. Ważne, że interes się kręci! A kręci się dobrze o czym mogą świadczyć rzesze turystów, rok rocznie szturmujące zamek.

Nieupiorny zamek Bran, czyli wrażenia z pierwszego razu u hrabiego Drakuli.

Zbudowana w XIII wieku przez krzyżaków forteca, miała służyć jako punkt poboru podatków na szlaku handlowym między Wołoszczyzną a Transylwanią. Co prawda, od kiedy stał on się częścią imperium Habsburgów, utracił tę funkcję, to faktycznie zatrzymał ją w pewnym sensie do dziś. Zamek Bran bowiem to prawdziwa maszynka do pieniędzy. Próżno tu jednak szukać śladów okrutnika, ale i tak należy mieć oczy szeroko otwarte!

Które z nich najbardziej przypadło Wam do gustu? Być może byliście już w którymś z nich i chcielibyście się podzielić wrażeniami? Nie wahajcie się! Napiszcie o tym w komentarzach. Chętnie dowiemy się jak wyglądała by lista Waszych, 10 najpiękniejszych miejsc w RumuniiNiechaj i Wasze podróże będą inspiracją :)

Źródła:

Manresa – Serce Katalonii

Manresa to miasto będące jednym z miejsc akcji powieści historycznej, „Dziedzictwo Ziemi” Andrésa Vidala. Utrzymana w klimacie „Katedry w Barcelonie”, aczkolwiek przeniesiona do Katalonii XIX wieku, pochłonęła mnie bez reszty, więc naturalnie chciałem poczuć jej klimat na żywo. Rzadko się zdarza, aby wyobrażenia pokrywały się z rzeczywistością i w tym przypadku nie mogło być inaczej. Manresa nie była miastem, które sobie wyobrażałem. Bynajmniej.

Choć reklamuje się ona jako serce Katalonii, muszę przyznać, że nie czułem się tam serdecznie powitany. Jeśli ruchy separatystów katalońskich i innych ugrupowań, o których nie mam bladego pojęcia, gdzieś mają swój punkt kulminacyjny, to jest to właśnie tutaj. Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że jestem w Katalonii. Wspominałem już, że wybierając się w głąb „kraju” ludzie niechętnie mówią po angielsku, o hiszpańskim nie wspomnę. Wszak w podbijaniu nowych terytoriów nie ma barier!

Jak dojechać do Manresy?

W najprostszy sposób do Manresy można dojechać z Barcelony, korzystając z pociągów Ferrocarrils de la Generalitat de Catalunya (FGC). W przypadku powrotu do stolicy, najlepiej będzie kupić bilet de ida y vuelta (kat. anda i tornada), czyli w obie strony. Bilet, który będzie nas obowiązywał, obejmować musi 6 stref (kat. 6 zones), a jego koszt to niecałe 16 EUR. Pociągi do Manresy startują z Placu Hiszpańskiego (kat. Plaza Espanya), a czas podróży to niecała godzina. Trasa pojazdów S4, R5 i R50 pokrywa się także z tą, prowadzącą w stronę klasztoru Montserrat. Jeśli chodzi o częstotliwość, zwłaszcza rankiem mamy do wyboru od 3-4 pociągów. Przystankiem na którym najlepiej wysiąść jest ten ostatni – Manresa Baixador. Warto dodać, że wcześniejszy przystanek, Manresa Alta połączony jest z dworcem autobusowym.

Manresa i jej krótka historia

Nazwa Manresa pochodzi od od rzymian, którzy swą kolonię nazwali Minorisa ze względu na powtarzające się tu notorycznie napady Gotów. Arabowie nie mieli użytku z tych ziem, więc przed końcem VIII wieku próżno było tu spotkać człowieka. W IX stuleciu natomiast, Wilfred Włochaty uznał ten teren za atrakcyjny i z jakichś powodów również Arabowie postanowili wyciągnąć po niego łapy. Za oficjalną datę powstania uznaje się więc rok 889, kiedy to ustały już wszelkie pretensje do osady. Dopiero król Jakub I, w 1231 roku nadał Manresie prawa miejskie. Król Piotr IV natomiast, tak bardzo ulubił sobie to miasto, że czas jego panowania stał się złotym wiekiem miasta. Przynajmniej aż do momentu, kiedy nie nawiedziła go czarna dżuma i szlag wszystko trafił.

Besalu – Podróż w czasie.

Nadzieją na renesans była postać Ignacego Layoli, który zaszył się na jedenaście miesięcy w tutejszej jaskini, aby zrobić sobie porządny rachunek sumienia. Efektem ubocznym było powstanie dzieł, które do dziś wałkuje Kościół Katolicki. Wiek XVII i XVIII to produkcja jedwabiu, czyli kolejny, ogromny zastrzyk gotówki. Nie można jednak zapomnieć, że miasto zostało spalone w efekcie działań wojennych, podczas Wojny o Sukcesję z Francją. Wiek XIX to kolejna złoty era, tym razem dzięki industrializacji. To również czas ożycia tożsamości Katalończyków. Wojna domowa i II wojna światowa zakończyły wieki dobrobytu.

Co warto zobaczyć w Manresie?

Manresa, jak chyba każde miasteczko w Hiszpanii, może poszczycić się sporą listą zabytków. Oczywiście znajdziemy tutaj szereg pomników doby średniowiecza czy baroku, ale także możemy liczyć na nutę modernizmu oraz industrializmu. Znudzeni wachlarzem architektonicznym, na pewno znajdą ukojenie na łonie natury.

Manresa na weekend, czyli plan który obrałem objął wyłącznie esencjonalne punkty w mieście:

  • La Seo de Manresa

La Seo de Manresa, czyli bazylika Najświętszej Marii Panny to absolutny gwóźdź programu i najważniejszy zabytek w mieście. Kościół w stylu gotyku katalońskiego został zaprojektowany przez Berenguera de Montagut – średniowiecznego architekta, któremu przypisuje się również powstanie kościoła Santa Maria del Mar w Barcelonie. Rozpoczęta w 1325 roku budowa zakończyła się dopiero w XV wieku. Prace nad jej fasadą jednak przedłużyły się o nieco ponad 600 lat. Oprócz wspaniałej architektury, bardzo istotnym jest tu zespół gotyckich ołtarzy, wykonanych na przestrzeni dwustu lat.

Kościół Santa Maria del Mar w Barcelonie.
  • Carrer del Balç

Carrer del Balç to prawdziwa podróż w czasie, dzięki której odwiedzimy Manresę XIV wieku. To jedyna ulica, która nie widnieje na mapie i jest bezpośrednio wydrążona w skale. Dawna część centrum miasta pokazuje nam z dokładnością jak wyglądało życie codzienne mieszkańców. Łatwo można sobie uświadomić też skąd brały się nieskończone kombinacje wszelakich epidemii w średniowieczu i później, skoro ludzie mieszkali w tak fatalnych warunkach. Fatalnych, bo właściwie nie ma tu ani odpowiedniej wentylacji ani szczeliny dla promieni słońca. Poza mieszkaniami w górnych partiach, zlokalizowane były tu sklepy, magazyny, a później nawet stajnie.

  • Most romański

Most romański nad rzeką Cardenar (kat. Pont Vell de Manresa) jest jednym z charakterystycznych punktów miasta, a jego początki sięgają wieku XII. Niestety, tak właściwie jest to rekonstrukcja, zniszczonego podczas bombardowania w 1939 roku, zabytku. Oryginalne są tu tylko bazy centralnego łuku. Według legendy, pewnego razu diabły osiedliły się pod mostem i każdy, kto przez niego przechodził, duszę im oddawał. Sposobem na ich odstraszenie stały się więc relikwie świętego Walentego, które sprowadzono z niedalekiego klasztoru świętego Benedykta. Wybłagane przez rajców miasta szczątki raz na zawsze przepędziły złowieszczych gości, by cudownie powrócić do klasztoru. Obok mostu romańskiego znajduje się urocza, XII-wieczna kapliczka świętego Marka, której warto poświęcić chwilę uwagi.

  • Krzyże świętego Ignacego

Po drugiej stronie mostu zaś umiejscowiono XVII-wieczny krzyż – Creu de la guia, który dawniej wskazywał pielgrzymom drogę do miasta. 25 marca 1522 roku, Ignacemu Layoli objawiła się tu Najświętsza Panienka. To jednak nie jedyny taki krzyż w mieście. W Manresie odnajdziemy jeszcze dwa inne, które równie chętnie odwiedzał święty Ignacy: Creu del Tort z XIV wieku i Creu de la Culla z wieku XV.

  • Jaskinia świętego Ignacego Loyoli

Jaskinia (kat. La Cova de Sant Ignasi), wyglądająca z zewnątrz jak najbogatszy, renesansowy pałac, miała być miejscem, gdzie święty Ignacy Layola odnalazł spokój. Wynikiem jego odosobnienia stały się słynne Ćwiczenia duchowe (łac. Exercitia spiritualia). Miejsce to w żaden sposób nie przypomina naturalnej pustelni, ale niewątpliwie jest dziś istotnym punktem pielgrzymek wiernych.

  • Inne atrakcje

Wracając do natury, trzeba wspomnieć o Parc de la Sèquia, czyli miejscu które od średniowiecza zaopatrywało Manresę w wodę. Od wieków jest ona otoczona legendami, o których można posłuchać w muzeum Carrer del Balç. Poza ulicą poznamy tu także historię miasta, opowiedzianą przez jej dawnych mieszkańców! Sami tylko przysłuchajcie się ploteczkom na targu ;) Jeśli macie więcej czasu lub potrzebujecie innych wrażeń, pełny wykaz zabytków znajdziecie na oficjalnym portalu miasta (link w info).

  • Punkty widokowe Manresy

Położenie Manresy sprzyja lubiącym robić zdjęcia. Wobec tego mogę polecić dwa punkty widokowe z których miasto wygląda naprawdę zjawiskowo. Trzeba zaznaczyć, że oba znajdują się na znacznej wysokości, stąd potrzebne będą żelazne pośladki, aby do nich dotrzeć. Pierwszym jest Pou de Llum, niedaleko klasztoru świętej Klary. Drugim natomiast jest punkt przy wieży świętej Katarzyny. Oba zaznaczyłem na mapce poniżej.

Brzydsza Barcelona

Poza odczuwalnym brakiem dostępu do morza i kilkoma pomniejszymi faktami, Manresa ma w sobie coś z Barcelony. Być może modernizm, być może romanizm, gotyk kataloński. Przechadzając się jej pustymi ulicami, ze smutkiem patrzyłem jak wiele ze wspaniałych miejsc popada w ruinę. Właściwie nie tylko to zaczęło mnie zastanawiać, ale też fakt, że nie było tutaj ludzi. Idąc w środku dnia, główną uliczką starego miasta, towarzyszył mi tylko kot. Obok bazyliki pan srał jakimś psem, a w muzeum Carrer del Balç człowiek był zaszokowany, że widzi drugiego człowieka! Pomimo braku ludzi, dało wyczuć się ducha separatyzmu, który nie ukrywam, przeszkadzał mi. Nie tyle sam separatyzm, co jego manifestacja w każdym, możliwym miejscu. I wszystko pomalowane sprayem, nawet bazylika. Z każdej strony. Co to ma być do cholery? Zresztą, serce Katalonii mówi samo za siebie <3

Co warto zobaczyć w Barcelonie?

Klasztor Sant Benet de Bages

Jest jeszcze jeden powód dla którego warto wybrać się do serca Katalonii – położony 12 kilometrów na północny wschód od centrum miasta, klasztor świętego Benedykta (kat. Monestir de Sant Benet de Bages) – niekwestionowana perła romanizmu katalońskiego. Jeśli kiedykolwiek przyszło Wam odwiedzić Poble Espanyol w Barcelonie, to właśnie tam powstała jego replika. Ten fakt może o czymś świadczyć. I świadczy! O ponad tysiącletniej historii, która zamknięta jest w tym, z pozoru niewielkim kompleksie. Najważniejszą częścią jest tu romański kościół z apsydą w której przechowywano relikwie świętego Walentego.

Do kościoła przylega bezpośrednio, niemalże kwadratowy dziedziniec z czterema krużgankami. W tym miejscu znajduje się największy skarb tego przybytku – 64 kolumny z oryginalnymi kapitelami o ornamentach roślinnych, zwierzęcych czy antropomorficznych. Niektóre z nich datowane są nawet na wiek X! Do dyspozycji odwiedzających jest naprawdę wiele miejsc, a pośród nich są: winnica, więzienie, kuchnia, cele braci i inne. Wycieczkę z przewodnikiem uprzyjemniają interesujące hologramy. Nie ma tu dzikiej gonitwy po salach, co jest ogromnym plusem!

Aby dotrzeć do Món Sant Benet trzeba będzie skorzystać z autobusu linii 751 przewoźnika TransBages, który odjeżdża z przystanku Manresa Baixador w kierunku Navarcles/Saint Fruitós de Bages. Nie ważne właściwie w której z tych miejscowości wysiądziemy, bo klasztor znajduje się poza nimi. Najlepiej jednak dojechać do Navarcles od którego klasztor dzielą 2 kilometry, piechotą. Z Manresy odjeżdżają dwa autobusy na godzinę, a podróż trwa około 40 minut. Jej koszt to nieco ponad 2 EUR.

A czy Wam udało się kiedykolwiek odwiedzić to miasto? Macie tu swoje ulubione zakątki? Dajcie znać w komentarzach! ;)

Informacje praktyczne

Więcej informacji:
  • Bazylika Najświętszej Marii Panny w Manresie
    • Strona internetowa La Seo: www.seudemanresa.cat
    • Koszt biletu to 1 EUR,
    • Bazylika otwarta jest:
      • od poniedziałku do piątku od 10:30-13:30 i od 16-19
      • w soboty od 10:30-14 i od 16-19
      • w niedzielę i święta od 10:30-14 i od 17-19
      • w każdą drugą sobotę miesiąca istnieje możliwość wizyty z przewodnikiem o 11, 12 i 13.
  • Carrer del Balç
    • Adres: Baixada del Pòpul,
    • Bilet wstępu dla osoby dorosłej to koszt 5 EUR,
    • Muzeum otwarte jest w sobotę, niedzielę oraz święta od 10 do 14,
    • W przypadku większych grup należy dokonać wcześniejszej rezerwacji pod numerem 93 872 14 66 lub carredelbalc@ajmanresa.cat

Źródła:

Klasztor Sant Jeroni de la Murtra – Średniowieczna galeria osobistości

Klasztor Sant Jeroni de la Murtra (kat. Monestir Sant Jeroni de la Murtra) położony jest w Dolinie Belén, 13 kilometrów na północny wschód od centrum Barcelony. XV-wieczny kompleks jest przykładem gotyku katalońskiego, charakterystycznego dla tego regionu Hiszpanii. Należąca niegdyś do klasztoru świątynia niestety nie przetrwała do naszych czasów. Największym skarbem są tu jednak konsole krużganków, przedstawiające sławy ówczesnego świata. Pustelnia, nieprzerwanie od wieków pozostaje w ukryciu przed zgiełkiem wielkomiejskiej stolicy Katalonii.

Co warto zobaczyć w Barcelonie?

Powołanie Sant Jeroni del Mont Olivet

Historia fundacji klasztoru nie jest zwykła, bowiem został on założony przez jednego z barcelońskich kupców. Niejaki Bertran Nicolau dorobił się znacznej fortuny, którą trwonił na zakładanie różnorakich przybytków religijnych. Klasztor Sant Jeroni de la Murtra był kolejnym, po klasztorze św. Hieronima w dolinie D’Hebron, prezentem dla hieronimitów. Właściwie z wielu obiektów, które ufundował zachowały się tylko ten oraz Domus Dei z Miralles.

Początkowo mężczyzna oferował tylko pomoc finansową klasztorowi D’Hebron, ale zazdrosna królowa zabroniła mecenatu. Bertran więc zwrócił się o pozwolenie na założenie własnego ośrodka do Benedykta XIII, uważanego za antypapieża. 6 sierpnia 1413 roku w Awinionie jego decyzję rozpatrzono pozytywnie. Od tej chwili bogaty kupiec mógł inwestować w hieronimitów tyle, ile tylko zapragnął. Już 20 listopada tego samego roku, do świeżo zakupionych domów w Sant Pere de Ribes wprowadziło się siedmiu braci. Szybko jednak okazało się, że nowy klasztor nazwany Sant Jeroni del Mont Olivet nie jest miejscem idealnym do zamieszkania. Nie było tu ani wody, ani opału, a na domiar złego ziemia nie nadawała się do uprawy. Zawiedzeni bracia wystąpili z prośbą o przeniesienie. Bertran tym razem stanął na wysokości zadania i znalazł miejsce idealne: Ça Murtra.

Klasztor Sant Jeroni de la Murtra

Położona w pobliżu Badalony, XIII-wieczna posiadłość królewskiego rachmistrza miała stać się oazą hieronimitów. Nazwa miejsca jednak wciąż nie była tą, która przyjęła się do naszych czasów, bowiem przybytek nazwano klasztorem del Valle de Belén. Wszechobecność mirtu zwyczajnego, czyli białych, pachnących kwiatuszków, zdefiniowała to miejsce jako Murtra. Tak właśnie określa się ów kwiat w języku katalońskim i to ta nazwa przetrwała do naszych czasów.

Jeśli chodzi zaś o braci, żyli oni tu według reguły św. Augustyna, czyli poświęcając się modlitwie, nauce i robótkom ręcznym. W szczytowym okresie działania miejsce to zamieszkiwało około trzydziestu mężczyzn. Wszak jednak zanim to nastąpiło, panowie przeniesieni z Mont Olivet, znów znaleźli sobie powód do narzekań! Bagniste tereny wokół posiadłości przyciągały chmary komarów, które nieustannie dręczyły zakonników. Tym razem zażądali przyłączenia się do zakonu d’Hebron, ale ich starania spełzły na niczym.

Skazani na krwiożercze bestie ugrzęźli w Murtrze na zawsze. Doprowadzenie tego miejsca do stanu używalności graniczyło z cudem, ale trzeba było sobie jakoś poradzić. Na tapetę poszło osuszenie bagien, które wyeliminowało nieco komary, ale też otworzyło drogę do kamieniołomu Can Oliva z którego od tego momentu można było pozyskiwać budulec.

Pod opieką królów Kastylii

Warto wiedzieć, że nie tylko Bertran Nicolau wspierał cały ten interes, ale także inni kupcy oraz oczywiście, barcelońska szlachta. Pośród istotnych nazwisk, związanych z tym przybytkiem najważniejsze są jednak imiona królów – Jan II Aragoński, Karol I czy Filip II. W 1473 roku na przykład, Ferdynand Aragoński przeznaczył na rozbudowę klasztoru 200 liwr. Hojność ta miała jednak swoje podłoże.

Król Ferdynand II Aragoński oraz królowa Izabela I Kastylijska otoczyli to miejsce szczególną opieką. Po ataku na króla, który miał miejsce 7 grudnia 1492 roku, przy wyjściu z Palau Reial Major w Barcelonie, władca odbywał tu kilku miesięczną rehabilitację. Ferdynand został zaatakowany przez jednego z wieśniaków, który o mały włos nie odciął mu głowy! Tylko cudem przeżył niespodziewane natarcie, a sam sprawca – Joan de Canyamars… cóż, doigrał się. Podobno karą była śmierć w strasznych męczarniach. W kwietniu 1493 roku doszło tu do historycznej audiencji, gdzie Królowie Katoliccy podjęli Krzysztofa Kolumba wracającego z wieściami o Nowym Lądzie.

Żółta gorączka i wielki pożar

Życie w klasztorze po Królach Katolickich upływać musiało we względnym spokoju, bowiem jedyne sensacyjne informacje, to te o kolejnych rozbudowach. Od czasu do czasu pojawiali się w okolicy piraci lub inni złoczyńcy, jednak nic nie mierzyło się z tym, co miało nadejść na początku XIX wieku.

25 października 1821 roku komary dopięły swego – miejsce to zmieniono w szpital w związku z szalejącą epidemią żółtej gorączki. To nie był jednak koniec niespodzianek, które czekały wkrótce Murtrę. Nieco ponad trzysta lat od wielkich wydarzeń, na mocy postanowień nowej konstytucji z 1820 roku, 27 lipca 1835 roku dokonano konfiskaty dóbr, a obiekt puszczono z dymem. Pożar miał trwać 15 dni, a dym zgliszczy miał ciążyć nad doliną przez kolejne dwa miesiące. Widocznie jednak stan obiektu nie był taki zły, bo wkrótce został sprzedany niejakiemu Jaume Artigasowi, a w miejscu dawnego konwentu utworzono punkt kolonijny dla barcelońskich dzieciaków.

Średniowieczna galeria osobistości

Klasztor San Jeroni de la Murtra składa się z kilku budynków. W jego centrum usytuowane są dwukondygnacyjne krużganki, okalające dawniej zamknięty od każdej strony, kwadratowy plac, o wymiarach ok. 28,38 x 27,70 metrów kwadratowych. Do dziś zachowały się dwie galerie, które pokryto sklepieniami krzyżowymi, wspartymi na konsolach z wizerunkiem aniołów. Uroku dodają tu pieczołowicie wykonane zworniki, prezentujące sceny heraldyczne i hagiograficzne. Najważniejszym z nich przedstawia herb Królów Katolickich bez kwiatu granatu.

Ścieżką gotyku po Barcelonie.

Krużganki udekorowane zostały również wizerunkami postaci związanymi z historią Nowego Świata, czyli przede wszystkim: Krzysztofem Kolumbem, Izabelą I Kastylijską oraz Fernandem II Aragońskim. Znajdują się tu także wizerunki innych, ważnych osobistości jak Ramón Llull czy król Karol I. Pośród kamiennych portretów odnaleźć też można papieża, mnicha, szlachcica i kupca.

Pomimo tego, że bracia mieli kamieniołom dostępny na wyciągnięcie ręki, wykazano iż co najmniej cztery kolumny powstały z kamienia z Girony, ale budulec transportowano także ze wzgórza Montjuïc. Prawdopodobnie prace nad krużgankami zakończyły się jeszcze przez końcem XVI wieku. Zwieńczeniem niejako tych prac jest wspaniała fontanna świętego Michała, która powstała w centrum placu.

Z krużganków mamy dostęp między innymi do kapitularza, refektarza czy kuchni. Do 1835 roku pierwsze skrzypce grała tu jednak świątynia o wymiarach 25,5 x 6,40 metrów. Do dziś zachowała się ściana prezbiterium, XVI-wieczna dzwonnica i dwie kaplice boczne od południa. W północnej części krużganków natomiast zlokalizowane są piwnice, w których dawniej bracia przechowywali wino i żywność.

Santa Maria del Mar w Barcelonie.

W bryle kompleksu wyróżnia się jeszcze tak zwana Torre prioral, czyli wieża obronna wzniesiona pod koniec XVI wieku. Jej zadaniem była obrona klasztoru przed rabunkami, których dopuszczali się wówczas piraci tureccy i algierscy. W XVI wieku połączono ją mostem i schodami z salą przeora, skąd wzięła swoją nazwę.

Informacje praktyczne

Obiekt ten w niczym nie przypomina odnowionych, barcelońskich kościołów. Mocno zauważalne nadgryzienie zębem czasu daje się we znaki w każdym kącie. Jeśli zależy Wam na zobaczeniu wspaniałego obiektu na miarę opactwa Westministerskiego, to miejsce nie jest dla Was. Dodatkowym minusem jest też brak przewodnika w języku hiszpańskim, o angielskim nie wspomnę.

Oprócz uczty z historią, sztuką i architekturą okolice klasztoru okalają szlaki piesze i rowerowe. Miejsce to jest idealne na spędzenie tutaj leniwego dnia z możliwością odcięcia się od nowoczesnego świata. Tutaj na pewno Was nie dopadnie!

Więcej informacji:
  • Oficjalna strona internetowa klasztoru: http://www.lamurtra.cat/
  • Klasztor Sant Jeroni de la Murtra można zwiedzać z przewodnikiem, w pierwszą niedzielę miesiąca od 10 do 12.
  • Wizyta bez przewodnika możliwa jest w każdy wtorek oraz w każdą niedzielę (oprócz pierwszej niedzieli miesiąca), w godzinach od 10 do 14.
  • Większe grupy powinny wcześniej potwierdzić swoje przybycie pod numerem telefony +34 93 395 19 11 (od poniedziałku do piątku, od 9 do 14).
  • Koszt zwiedzania to 3 EUR na rok 2016.

Jak dotrzeć do klasztoru Sant Jeroni de la Murtra?

Dotarcie do klasztoru to prawdziwy wyczyn, ale nic nie jest niemożliwe! Zakładając, że wybieramy się tu z Plaza Catalunya, przy dobrych wiatrach podróż zajmie nam nieco ponad godzinę. Należy wziąć czerwoną linię metra L1 w kierunku Fondo i wysiąść na ostatnim przystanku – Fondo. Następnie trzeba przesiąść się w pomarańczową linię metra L9 i wysiąść na przystanku Esglèsia Major. Stacja metra wygląda jak miejsce z Gwiezdnych Wojen. Znajduje się ona kilkadziesiąt metrów pod ziemią, a wydostać się tam można wyłącznie za pomocą przeszklonych wind. Osoby z lękiem wysokości mogą mieć tutaj duży problem.

Ulicą Waszyngtona (kat. Carrer de Washington) dojdziemy do końca drogi asfaltowej. Widoki tutaj przypominają nieco San Francisco. Wszechobecna cisza w niczym nie przypomina hałaśliwej Barcelony.

Następnie miniemy kompleks sportowy Pavelló La Bastida i udamy się w górę ulicy świętej Eulalii (kat. Carrer de Santa Eulàlia). Nad autostradą B-20 znajduje się dróżka prowadząca w głąb lasu – Camí de Sant Jeroni de la Murtra. Od teraz czeka nas długi spacer szutrową drogą w towarzystwie ptaszków i muszek :) Raczej nie ma możliwości zabłądzenia, bowiem dalej poprowadzą nas oznakowania.

Źródła:

Zamek Sovinec w Czechach

Zamek Sovinec to dziś miejsce praktycznie wyludnione i mocno nadszarpnięte zębem czasu. Spokojna okolica i malownicze wzgórza Niskiego Jesionika wprowadzają do obrazu nutę idylli. Jego nieco złowieszcza sylweta uświadamia nam jednak, że to nie tego możemy się tutaj spodziewać. To miejsce z historią, która jeszcze przez wiele lat, w widoczny sposób ciążyć będzie na jego nagich murach.

Fundacja i rozbudowa

Zamek Sovinec (czes. hrad Sovinec) położony jest około 35 kilometrów na północ od Ołomuńca i około 100 kilometrów na zachód od Ostrawy – stolicy kraju morawsko-śląskiego do którego przynależy. Strategiczne umiejscowienie na trakcie łączącym Morawy ze Śląskiem zadecydowało o atrakcyjności twierdzy. Aż do Wojny Trzydziestoletniej lokalizacja ta okazała się strzałem w dziesiątkę, bowiem zamek aż do wtedy pozostawał poza zasięgiem wszelkich konfliktów zbrojnych.

Jako założycieli warowni wymienia się braci Voka i Pawła Hrutoviców. Nazwa Sovinec natomiast pojawia się w dokumentach dopiero w roku 1332, czyli trzy lata po faktycznej fundacji. Na miejsce swojej majestatycznej w przyszłości rezydencji, panowie wybrali niemal pięciuset metrowy szczyt górski w pięknej okolicy. Początkowo struktura zamku nie była zbyt rozległa, bowiem opierała się na obwarowanym, owalnym stołpie. Wielce prawdopodobne jest, że do pierwszej, poważnej rozbudowy zamku przyczynił się Pavlik z Sovinca, syn Voka.

Zamek Bouzov – Baśń po czesku.

W 1409 roku zamek Sovinec przeszedł w ręce trzech z siedmiu potomków Pavlika. Aż dziw, że ich polityczna chwiejność nie sprowadziła tu żadnego nieszczęścia. Raz to bowiem wspierali Husytów, by później walczyć po stronie ich zagorzałego przeciwnika, króla Zygmunta Luksemburskiego. Także w czasie wojny czesko-węgierskiej(1468/78), kiedy tutejsi właściciele opowiadali się za królem Węgier – Maciejem Korwinem, nie odnotowano żadnych ataków.

Z rąk do rąk, aż do zakonu krzyżackiego

Pod koniec XV wieku, zamek Sovinec wraz z kilkoma innymi włościami trafił w ręce Jana Pnovskiego z Sovinca. Człowiek ten za cel postawił sobie dostosowanie rezydencji do obowiązujących ówcześnie kanonów. Za jego panowania wzniesiono więc ufortyfikowany i flankowany od wschodu trzema wieżami, tak zwany Pałac Północny. Dodatkowo, w tym samym czasie przebudowano także stołp oraz ulepszono fortyfikacje od południa i zachodu. Nieco później, pod koniec stulecia, w środku zamku zbudowano kaplicę dla lokalnej szlachty, kończąc transformację rozpoczętą przez Pnovskiego.

Po śmierci Jana na początku wieku XVI, zamek Sovinec trafił w ręce jego synów, by ostatecznie zostać sprzedanym Krzysztofowi z Boskovic w 1543 roku. Pomimo tego, że właściciel nie mieszkał tu na stałe, postanowił nadać twierdzy renesansowego tonu i zasiedlić opustoszałe włości. Swoją obecność w historii zamku, Krzysztof zaznaczył przebudową sali ceremonialnej, którą nazwał na swoją cześć Salą Boskoviców. Od tego czasu twierdza jeszcze dwukrotnie zmieniła właściciela, aż wskutek śmierci swojej małżonki Anny, ostała się ona Janowi starszemu Kobylce. Dzięki niemu powstał tu masywny barbakan, który był już jedną z ostatnich, większych zmian w strukturze zamku. Po porażce Kobylki pod Białą Górą fortecą zainteresował się arcyksiążę, biskup wrocławski i wielki mistrz zakonu krzyżackiego, Karol Habsburg. W 1623 roku zakupił on posiadłość za kwotę 200 tysięcy guldenów, by zlokalizować tu ośrodek administracji.

Czas zniszczeń

25 października roku 1626, w skutek działań Wojny Trzydziestoletniej, urzędujący tu hetman Jindrich Wembovsky, bez walki oddał zamek Sovinec Duńczykom. Taka decyzja zminimalizowała oczywiście wielkość szkód wyrządzonych przez nieproszonych gości, ale też przyczyniła się bezpośrednio do ostatniej już rozbudowy. Następca Jindricha uznał, że skoro Duńczycy wdarli się do środka, to trzeba było koniecznie poszerzyć obwarowania. Dzięki niemu, do 1643 roku zamek Sovinec stał się prawdziwą twierdzą, na wzór najwspanialszych twierdz w Europie. Pośród wielu prac, wzbogacił konstrukcję o tak zwany Środkowy Bastion, otoczony fosą i palisadą, z dostępem przez dwustumetrowy korytarz podziemny. Jego prace kontynuował Augustyn Oswald z Lichtensteinu, który wzniósł tu wieżę, nazywając ją od swego nazwiska Lichtenstejnką. W północno-zachodniej części jej ścian usytuował natomiast bastion armatni.

O skuteczności ulepszonych obwarowań można było się przekonać o wiele szybciej, niż ktokolwiek chciałby to uczynić. Wycofujące się wojska szwedzkie, po nieudanym oblężeniu Brna, napotkały na swej drodze na Śląsk właśnie zamek Sovinec. 8 tysięczna armia, uzbrojona w 82 armaty otoczyła go w nocy z 16 na 17 września 1643 roku. Po trzech tygodniach wyczerpującej batalii, żołnierze z Sovinca skapitulowali. Pozytywną stroną siedmioletniej okupacji Szwedów była naprawa umocnień, które zniszczyli przed zajęciem zamku.

Ołomuniec – Miasto na żółwiach.

W 1650 roku twierdza powróciła w ręce zakonu krzyżackiego, a ten utrzymał ją w swoim posiadaniu do połowy XVIII wieku. Jeszcze dwa razy w historii tego miejsca drżano o jego przyszłość: przy groźbie najazdu Turków w 1663 roku oraz podczas oblężenia Wiednia, dwadzieścia lat później. Pod koniec XVIII wieku na zamku wybuchł pożar w wyniku którego zniszczone zostały jego górne partie. Lichtenstejnka natomiast stała się miejscem pozyskiwania budulca. W 1810 roku punkt administracji został przeniesiony, a części zamku rozsprzedane. Niektóre z nich nadal wciąż należały do zakonu krzyżackiego. Na szczęście, bo gdyby nie zakon zapewne historia sovineckiego zamczyska zakończyłaby się długoletnią agonią.

Szkoła zakonu krzyżackiego i oddział SS

W 1836 roku, arcyksiążę austriacki i wielki mistrz zakonu krzyżackiego, Maksymilian Habsburg-Este nakazał wykupić wszystkie wyprzedane wcześniej części zamku. W zamyśle miał urządzenie tu pokojów gościnnych dla członków zakonu, którzy będąc w pobliżu mogliby się tu zatrzymać. Jeszcze w ciągu kolejnego roku od wykupu parceli wyremontowano sześć pomieszczeń. W latach 60 XIX wieku zadecydowano o utworzeniu tu seminarium, które tchnęło by żywego ducha w opustoszałe ponownie wnętrza. Nie trwało to jednak długo, bowiem chłopców z seminarium przeniesiono, a na miejscu utworzono szkołę leśniczą. Przetrwała ona do roku 1896. Na początku XX wieku posiadłość nabył niejaki Evzen, który wprowadził do wnętrz zamku harmonię i… elektryczność!

W stolicy zakonu krzyżackiego – zamek w Malborku.

Wraz z początkiem II wojny światowej w zamku jednak nastała ciemność. Twierdza w Sovincu wpadła w ręce Wehrmachtu i jak się szybko okazało było to świetne miejsce na więzienie dla francuskich jeńców wojennych. Zamknięto je jednak w roku 1942, a rok później obiektem zaopiekowało się stowarzyszenie dbające o niemieckie zabytki. Do końca wojny zamkiem dysponował niewielki oddział SS, który przechowywał tutaj złupione dobra. W maju 1945 roku zamek spłonął. Dopiero 20 lat później rozpoczęto jego powolną rekonstrukcję. Właściwie trwa do dziś i zapewne potrwa jeszcze parę ładnych dekad.

Zamek Sovinec na spokojnie

Zamek Sovinec to zupełne przeciwieństwo położonego niedaleko zamku w Bouzovie. Nie ma tutaj dzikich tłumów, ani hord przedszkolaków. Nie ma też przewodników przeganiających zwiedzających z jednej do drugiej sali, aby zmieścić się w tych parudziesięciu minutach. Jesteśmy tylko my, historia zapisana w kamieniach i śpiew ptaków, który sprzyja kontemplowaniu każdego fragmentu twierdzy: kawałek po kawałku. Czas jaki spędzimy na tym zależy tylko od nas. Oczywiście wstęp jest biletowany, więc wszystko w granicach rozsądku. Wszak bez presji. Personalnie polecam wybrać się na łąkę nieopodal, gdzie majestatyczna bryła jawi się nam w całej krasie.

Jest jedna rzecz, która mnie rozczarowała. Pomieszczenia w których zlokalizowana były jakiekolwiek ekspozycje były zamknięte. Szkoda, ale snucie się po opustoszałych komnatach też ma swój urok!

Informacje praktyczne:
  • Oficjalna strona zamku: http://www.hradsovinec.cz
  • Aby dojechać do zamku można wybrać się drogami lokalnymi, dzięki którym unikniemy obowiązku zakupu winiety.
  • Parking niedaleko zamku jest płatny, a koszt postoju to 50 CZK za cały dzień dla aut osobowych.
  • Wstęp do zamku odbywa się bez asysty przewodnika. Koszt tej przyjemności to 100 CZK na rok 2017 dla osoby dorosłej. Więcej kombinacji biletów znajduje się pod tym linkiem: http://www.hradsovinec.cz/index.php/informace/2016-03-06-11-15-06
  • Godziny otwarcia:
    • Kwiecień – październik 09:00-16:00 (bez lipca i sierpnia)
    • Lipiec – sierpień 09:00-17:00
    • W poniedziałki zamek Sovinec jest nieczynny, chyba że akurat wypada poniedziałek świąteczny.
Spodobał Wam się ten zamek? Być może już go kiedyś odwiedziliście? A może właśnie dzięki temu wpisowi zagości on na Waszej liście miejsc do odwiedzenia? Podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach! :)

Źródła:

  • The Sovinec castle – Museum v Bruntále; 2006

Sakralne klejnoty Warmii

Sakralne perły Warmii

Pomimo tego, że Warmia i Mazury wchodzą obecnie w skład jednego województwa, to chyba dość łatwo znaleźć granicę pomiędzy nimi. Z pozoru obie części wyglądają podobnie, bowiem wszechobecne są tu malownicze jeziora, bezkresne lasy, dzika przyroda i oczywiście architektura gotyku ceglanego, zwanego też bałtyckim. Ze względu na swoje jeziora jednak, to Mazury wiodą prym pośród odwiedzających. Fortunnie albo i nie, spychają Warmię na dalszy plan, pozwalając tym, którzy się tu wybiorą, na naprawdę solidny wypoczynek. Bez parawanów, bez hałasu, jak w raju. Oczywiście definicja raju dla każdego jest inna, wszak na pewno niektóre elementy pozostaną wspólne.

Rajem mogą być na przykład miejsca spokojne, takie w których można zatrzymać się bez strachu przed zdeptaniem i kontemplować piękno architektury. Miejsca, w których widok czerwonokrwistej cegły uwalnia endorfiny, a czas nie ma w nich znaczenia. Jeśli identyfikujecie się z taką propozycją, Warmia może okazać się dla Was idealnym celem podróży. Spośród ogromu ciekawych pozycji wybrałem kilka, które z czystym sumieniem sprecyzować można jako sakralne klejnoty Warmii. Strefa sacrum całkowicie wpisuje się w definicję oazy spokoju, ale nie można zapominać też o innych obiektach, które spotęgują nasze doznania i dopełnią sielankowy pejzaż regionu.

Frombork

Ze wszystkich miast i miasteczek tej części Polski, Frombork jest niepowtarzalny. Odnajdziemy tutaj aż w nadmiarze wspomniane wcześniej dobrodziejstwa natury i architektury. Klejnotem położonego nad Zelewem Wiślanym miasta jest bez wątpienia katedra Najświętszej Marii Panny i św. Andrzeja Apostoła. Korzystne usytuowanie na wzgórzu wprawia w niekłamany zachwyt. XIV-wieczna świątynia jest największym kościołem Warmii, a okalający ją mur jawi się nam, niczym zamek Boży. Nie dziwi też więc, że w takiej scenerii Mikołaj Kopernik znalazł świetne warunki na dokończenie swojego wielkiego dzieła „O obrotach sfer niebieskich”.

Więcej informacji o katedrze uzyskacie tutaj:

Katedra we Fromborku – Nadmorska warownia.

Dobre Miasto

Imponująca wieża bazyliki Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych całkowicie zdominowała panoramę Dobrego Miasta. Jej bryła jest niewątpliwie esencją warmińskich kościołów, wyróżniających się mnogością blend oraz szczytami schodkowymi. Ten tutaj, wraz z zabudowaniami kapituły powstał w XIV wieku, wieku genialnych budowli z czerwonej, palonej cegły. W jego murach zachowało się wszak niewiele artefaktów, zgodnych z epoką w której go wzniesiono. Między nimi jest jednak wspaniały Tryptyk Mariacki z lat 30, XV stulecia. Oprócz bazyliki, charakterystyczna w panoramie miasta jest także Wieża Bociania. Jak widać nawet ptakom przypadł do gustu czerwonokrwisty budulec.

Warto wiedzieć, że tak jak wiele miast w rejonie, tak i Dobre Miasto dołączyło do zacnego grona Cittaslow, czyli stowarzyszenia miasteczek o dobrej jakości życia. Tak zwane „miasta spod znaku ślimaka” dbają o spokój swoich mieszkańców, idący w parze ze zrównoważonym rozwojem. (Na tej liście Cittaslow reprezentują również Barczewo, Orneta, Reszel oraz Lidzbark Warmiński).

Orneta

Kościół św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty jest najważniejszym zabytkiem Ornety, ale też wraz z katedrą we Fromborku należy do najstarszych kościołów Warmii. Zbudowany w okresie czerwonej cegły skrywa w swym wnętrzu wiele wspaniałych, gotyckich polichromii z których najstarszą jest ta, przedstawiająca koronację Najświętszej Maryi Panny. Tutaj, chyba bardziej niż w którymkolwiek z przedstawionych na liście miejsc, poczuć można prawdziwego ducha gotyku. Bryła tej świątyni zdecydowanie odstaje od innych, choćby poprzez włączenie wieży do korpusu głównego. Dekoracja w postaci sterczyn natomiast podkreśla nieprzeciętność kościoła. Dodatkowo, jego ściany zewnętrzne zdobi interesujący, ceglany fryz z płaskorzeźbami głów kobiet i mężczyzn.

Uwagę w Ornecie przykuwa też ratusz miejski, położony zaledwie kilka kroków od kościoła świętych Janów. W jego sygnaturce znajduje się najstarszy w regionie, średniowieczny dzwon.

Krosno

Krosno to mała wieś, położona w powiecie lidzbarskim. Zapewne niewielu o niej słyszało, a szkoda bo znajduje się tu zapomniany klejnot baroku warmińskiego. Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny i św. Józefa to obiekt podobny do tego, ze znanej wszystkim, Świętej Lipki. Jego powstanie owiane jest legendą kamiennej figury z Matką Boską i Dzieciątkiem Jezus, która adorowana jest po dzień dzisiejszy. Właściwie miejsce to jest wciąż niczym wyciągnięte z niesamowitej historii. Kontrastująca z bogatym wyposażeniem świątyni, pustka krużganków, biegnących dookoła obiektu, wywołuje gęsią skórkę. Mimo wszystko, jeśli zależy nam na chwili skupienia warto się tu udać, bo kościół w Krośnie wciąż nie należy do typowych punktów na mapie podróżniczej.

Lidzbark Warmiński

Stolica dawnej Warmii nie bez powodu kojarzy się z imponującym zamkiem biskupów warmińskich. Obiekt ten jest zresztą jednym z najważniejszych z punktów na szlaku zamków gotyckich przez wzgląd na swą historię, sztukę i oczywiście architekturę.

Warto jednak pamiętać również o kościele świętych Apostołów Piotra i Pawła, który swoim stylem nawiązuje do pruskiej rezydencji, tworząc jedno z najpiękniejszych założeń gotyckich w kraju. Początkowa forma, którą przyjęto przypominała świątynię z Ornety lub Fromborka, ale wraz z rozwojem ekonomicznym miasta wzniesiono majestatyczną wieżę. Losy kolegiaty naszpikowane są całą gamą nieszczęść, co odbiło się w widocznym stopniu w jej bryle oraz wyposażeniu. Królujący tu neogotyk z domieszką baroku, zdobi wnętrze gotyckich murów świątyni. Tych samych, które gdyby mogły, z pewnością przybliżyłyby nam sylwetki Kopernika, Dantyszka czy Krasickiego.

Barczewo

Barczewo wydawać się może miejscem do którego nie ma po co zaglądać, ale jak to często bywa, piękno tkwi w środku. Oczywiście odnajdzie je ten, kto potrafi je docenić! Usytuowany nad Stawem Więziennym Kościół św. Anny i św. Szczepana w Barczewie jest kolejnym przykładem kunsztu gotyku ceglanego na Warmii. Tak jak w przypadku świątyni w Lidzbarku Warmińskim, tak i ten naznaczony został piętnem wojen i pożarów. Do tego stopnia, że właściwie chyba tylko jego mury mogą pamiętać wiek XIV. Ze względu na to jego wyposażenie przedstawia styl nowego gotyku. Nadmienić jednak trzeba, że w Barczewie przechowywany jest XV-wieczny kielich – cenny zabytek złotniczej sztuki sakralnej. Wspomnieć wypada też, że miasto związane jest z personą Feliksa Nowowiejskiego – twórcą Roty.

Reszel

Sylweta kościoła Apostołów św. Piotra i Pawła wraz z warownią są kluczowymi obiektami w panoramie Reszla. Ceglane molochy z daleka zdają się dryfować po bezgranicznych polach pszenicy i lasów. Podobno tutaj żywota miała dokonać niejaka Barbara Zdunk – ostatnia czarownica w Europie. Ale czy takie wydarzenia mogły mieć miejsce w tak idyllicznym miejscu?

Nie tylko architektura sakralna Warmii jest podobna, ale i same dzieje obiektów. Karty historii chyba każdego z nich naznaczone są płomieniami, plądrowaniem i niszczycielską siłą wojny. Kościół w Reszlu, mimo pożaru z XIX wieku zachował wszak nieco ze swego wcześniejszego wystroju. Są to jednak ołtarze doby baroku z domieszką nowszego wyposażenia. Interesującym wszak, w kontekście ostatniej czarownicy, jest tu pręgierz z XIV, bądź XV stulecia.

Braniewo

Kościół w Braniewie pod wezwaniem świętej Katarzyny Aleksandryjskiej jest dzisiaj symbolem – ku przestrodze przeciwko niszczycielskim siłom wojny. W zasadzie wszystko, co możemy dzisiaj tu zaobserwować jest próbą odbudowania zniszczonego podczas II wojny światowej, prawie doszczętnie, kościoła. Jeszcze w XIII wieku istniała tu katedra pod wezwaniem św. Andrzeja, która padła ofiarą powstańców pruskich. Kolejny kościół, juz pod wezwaniem św. Katarzyny Aleksandryjskiej budowano z przeznaczeniem na katedrę. Niestety, w obawie przed kolejnymi atakami, siedzibę biskupów przeniesiono ją do Fromborka. W Braniewie nie ma sielanki, jest tylko gorycz i smutek, który skłania do zadumy. Niemniej jednak to wciąż ciekawa lekcja historii i przede wszystkim architektury.

Kościół w Braniewie pod wezwaniem św. Katarzyny Aleksandryjskiej.

Olsztyn

Katedra św. Jakuba w Olsztynie to prawdziwa wisienka na torcie, gdzie bogata architektura świątyni kontrastuje z wyposażeniem. Ze względu na swoje przewrotne dzieje i przebudowy, w jej wnętrzu zachowało się niewiele leciwych artefaktów, jak na przykład gotyckie tabernakulum czy renesansowy tryptyk. Reszta spłonęła zimą 1807 roku, kiedy to Francuzi zamknęli w kościele półtora tysiąca jeńców rosyjskich. Aby oprzeć się ostrym mrozom spalili oni wszystko, co nadawało się do spalenia. Uwagę przykuwa tu głowa jelenia z nawy głównej, z którym związana jest legenda pewnego polowania. Poza tym, jeden z ołtarzy przedstawia wizerunki rzadko przedstawianych świętych – Katarzynę Szwedzką oraz Kanuta Duńskiego.

Olsztyn jest jednym z tych miast w których odnajdziemy więcej interesujących obiektów. Pośród nich na pewno warto udać się na związany z Kopernikiem, zamek kapituły warmińskiej z II połowy XIV wieku, Stary Ratusz z XVI wieku czy Bramę Górną z wieku XIV.

Chwalęcin

Sakralne klejnoty Warmii trzeba wzbogacić o jeszcze jedną, niezwykle wartościową pozycję – Sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego w Chwalęcinie. Kościół zagadka, bowiem jego wielka niegdyś sława umilkła, zdaje się na zawsze. Jego powstanie związane jest z tajemniczym, czarnym krucyfiksem i cudami, które potrafił zdziałać. Obecną formę przybrał zaś dopiero w XVIII wieku, jako narzędzie wyjednania łaski Bożej w czasie epidemii dżumy, na początku stulecia. Dookoła bryły biegną, podobne do krośnieńskich, krużganki. Spójne stylistycznie wnętrze wraz z późnobarokowymi polichromiami i praktycznie nie zmienioną bryłą zachwyca. Wejście do środka jednak nie jest już takie łatwe. Rzecz, którą ciężko pojąć.

Do którego z wymienionych miejsc najchętniej byście zajrzeli? Macie jakieś swoje ulubione miejsca w tym regionie Polski? Zapewne konfiguracja Waszej listy wyglądałaby inaczej. Podzielcie się nią z nami! :)

źródła:

Bazylika w Saint Nicolas de Port – Ostatni gotycki kościół Francji

Bazylika w Saint Nicolas de Port we Francji.

Dlaczego kocham gotyk? Bo wzbił się na wyżyny. Dosłownie. Ludzie średniowiecza uczynili coś niebywałego, coś naprawdę wyjątkowego. Pomimo tego, że ich wiedza na temat fizyki czy matematyki, niezbędna do wznoszenia gotyckich molochów była niewielka, przekroczyli ustanowione limity na chwałę jednego Boga. Nie raz, nie dwa, a setki razy. Po przetrwaniu wieków na ziemi nie ważne są już niezliczone błędy konstrukcyjne czy liczne niedoskonałości. Ważne jest świadectwo jakim się stały – świadectwo oddania i wspólnoty. Przykładem na to będzie zdecydowana większość świątyń, ale tym razem skupmy się na raczej nieznanej budowli, jaką jest bazylika w Saint Nicolas de Port.

Saint Nicolas de Port to mała mieścinka, jakich we Francji wiele. Usytuowana jest w regionie Grand Est, około 13 kilometrów od Nancy i 18 kilometrów od Lunéville. Jej wizytówką jest dominujący nad miastem, gotycki kościół pod wezwaniem świętego Mikołaja. Jego wymiary godne są katedry, a jednak to zwykła świątynia, służąca niecałym ośmiu tysiącom wiernych.

Położenie w dolinie tylko potęguję wrażenie majestatyczności bazyliki, bowiem jest ona widoczna już z daleka i właśnie dzięki temu udało mi się ją odkryć! Podobnie rzecz miała się już wcześniej, kiedy na drodze do Chalons en Champagne wyrosła nagle bazylika w L’Épine. Jakie to szczęście móc odkryć coś w dobie Internetu, zobaczyć coś, o czym wcześniej się nie wiedziało. Nie rozczarować się, a miło zaskoczyć! Ah <3! Podróżując możemy czerpać z życia pełnymi garściami, a nie tylko je przeżyć.

L’Épine – Bazylika Notre Dame na cierniach.

Fundacja i średniowieczne rozbudowy

Budowa pierwszego kościoła w Port, poświęconemu świętemu Mikołajowi zakończyła się w roku 1101. Miała ona związek z przywędrowaniem tutaj szczątek doczesnych Mikołaja z Miry, które złożono w kaplicy Najświętszej Marii Panny trzy lata wcześniej. Kontrolowany przez opatów punkt na rzece Meurthe zapewnił odpowiednie środki na wzniesienie kolejnej, większej świątyni. I to jeszcze przed końcem tego samego wieku! Relikwie sprowadzone z Bari wzbudziły wielkie zainteresowanie wiernych, wobec czego nie było innego wyjścia jak tylko dokonać odpowiedniej rozbudowy. Wkrótce miało się okazać, że był to strzał w dziesiątkę, bowiem nadciągający tu zewsząd pielgrzymi przyspieszyli rozwój ekonomiczny miasta.

Na tym jednak skończyć się nie mogło. 5 stycznia 1477 roku, książę Lotaryngii, Rene II zwyciężył wojska Karola Zuchwałego w bitwie pod Nancy. Przeciwnik, który zakwestionował jego prawa do tronu, przy wycofywaniu się z pola walki utonął. Pod ciężarem konia załamała się tafla lodu, aczkolwiek nie był to bezpośredni powód władcy. Sama śmierć owiana jest legendami jakich wiele ;) Po takiej wygranej Rene oddał się pod opiekę świętemu Mikołajowi, mianując go przy okazji patronem swojego królestwa. W ramach podziękowania nakazał budowę świątyni, która w pełni odzwierciedliłaby jego wdzięczność. Tak oto rozpoczęła się budowla bazyliki, którą zachwycać możemy się aż do dziś.

Ostatni gotycki kościół Francji

Pierwsze kroki ku „dużemu kościołowi” poczyniono już w 1495 roku, aby po piętnastu latach zakończono prezbiterium oraz transept. Istotną rolę w planach chóru miała bazylika św. Urbana z Troyes, bowiem to właśnie na jej planie wzorował się architekt Michel Robin. Różnicą wprowadzoną przez Robina są tu jednak apsydiole, które zamykają nawy boczne. Inspiracja szampańskimi rozwiązaniami widoczna jest także w korytarzu nad kaplicami, który pozwala okrążyć świątynię. Brak obejścia, pozwalającego zbliżyć się do relikwii świętego Mikołaja nawiązuje natomiast do tradycji kościołów lotaryńskich. Przykładem na takie rozwiązanie są katedra w Toul czy katedra w Metzu. Architekt, aby spełnić główne założenie budowli gotyckich, podzielił wnętrze wyłącznie na dwa poziomy, rezygnując z triforium. Wprowadzenie do konstrukcji ogromnych okien i rozet dosłownie zalało ją światłem.

Tajemnice gotyckich katedr: Światło.

W 1520 rok gotowe były już sklepienia, ale na efekty prac nad masywem zachodnim trzeba było poczekać do roku 1544. Fasada w stylu ostatniej i najpiękniejszej fazy gotyku przybrała formę podobną do tej z katedry w Toul. Szybkość prac zapewniła świątyni jedność stylu, który 16 lat później zdecydowano się przełamać dodając wieżom dwie, renesansowe kopuły. Bazylika w Saint Nicolas de Port stała się więc ostatnim, i największym zresztą kościołem, rozpoczętym i ukończonym w stylu gotyku płomienistego we Francji.

Bazylika w Saint Nicolas de Port mocno ucierpiała podczas Wojny Trzydziestoletniej, kiedy to przetaczające się tędy wojska podpaliły miasto. Ta niewątpliwa tragedia przyczyniła się do gruntownej odbudowy obiektu, przez co zyskał on na przykład nowe gargulce i rzeźby fasady zachodniej oraz dekorację wież. Rok 1792 był już dla niej nieco łaskawszy, ale prawie wszystkie relikwiarze, wota i kosztowności jakimi dysponowano, zostały wysłane do Metzu, a tam przetopione. Ostało się zaledwie kilka z nich.

W 1840 roku bazylika w Saint Nicolas de Port została sklasyfikowana jako zabytek szczególnie cenny dla dziedzictwa narodowego we Francji, uzyskując tytuł Monument Historique. W sto lat po tym wydarzeniu, pociski artyleryjskie pozbawiły kościoła jednej z kolumn i kilku sklepień. Zwieńczeniem 10-letnich prac nad ich rekonstrukcją, było nadanie kościołowi tytułu bazyliki mniejszej przez papieża Piusa XII. Obecnie nad obiektem czuwa Association connaissance et renaissance de la basilique de Saint-Nicolas-de-Port.

Bazylika w Saint Nicolas de Port w liczbach

Poruszając temat ostatniego, największego kościoła gotyckiego jednego stylu, warto sprecyzować jego wymiary. Bazylika w Saint Nicolas de Port ma długość 87 metrów, czyli aż o 17 metrów więcej niż katedra w Senlis. Istotnym faktem jest 6-stopniowe przesunięcie korpusu nawowego względem chóru i transeptu. Przyczyną takiego zabiegu był spadzisty teren na którym niemożliwe było ulokowanie potężnych wież. Podobną, choć nieco bardziej subtelną formę możemy spotkać także w kościele św. Cyriaka w Gernrode.

Szerokość kościoła w Port to 31 metrów, z czego 11,50 metrów zajmuje nawa główna, a na każdą nawę boczną przypada nieco ponad 7 metrów. Sklepienia w kościele znajdują się na wysokości 30,25 metra. Transept bazyliki nie został tutaj wyodrębniony, a wspierają go najwyższe w Europie, bo aż 21,5 metrowe kolumny. Na ich tle wyróżnia się skręcona kolumna południowa, uznawana za majstersztyk architektury.

Katedra w Metzu – Boża latarnia.

Niezwykłej lekkości budowli nadaje system przyporowy. Każda z przypór jest tutaj zwieńczona pinaklami i ozdobiona gargulcami. Bryłę bazyliki łącznie zdobi aż 95 rzygaczy w postaci mitycznych stworów czy ludzi. Pomiędzy łękami, klasycznie umieszczono maswerkowe okna. Zgodnie z płomienistym stylem, motywem przewodnim dekoracji jest rybi pęcherz. W bryle wyróżniają się też bogato zdobione fryzy oraz konsole. Trzeba wspomnieć, że rzeźby pod które przygotowano konsole nigdy nie powstały. Jedną z niewielu jest ta, przedstawiająca świętego Mikołaja, umieszczona na trumeau portalu głównego. Interesującym wydaje się też być fakt wyodrębnienia w północnej ścianie zewnętrznej sześciu nisz z przeznaczeniem dla handlarzy.

Oczywiście, według przyjętego w średniowieczu schematu, zachodnia część kościoła posiada dwie, imponujące wieże. Flankują one płomienistą fasadę z różycą o średnicy 6 metrów, ale nie są równej wysokości – północna ma 87 metrów, a południowa jest o dwa metry niższa. Obie w 1725 roku ukoronowane zostały wątpliwej urody kopułami w kształcie cebulek.

Wyposażenie

Oprócz niewątpliwie wspaniałej architektury, w kościele warto zwrócić uwagę na jego wyposażenie w postaci XIX-wiecznego ołtarza św. Mikołaja czy XVIII-wiecznych stalli. Niesamowicie cenne są tutaj liczne polichromie, datowane na początek XVI wieku. Dodać należy, że bazylika w Saint Nicolas de Port posiada także własny, malutki skarbiec w którym odnajdziemy między innymi XVII-wieczną hermę na szczątki św. Mikołaja.

Na szczególną uwagę zasługuje w tym miejscu zestaw rzeźb świętego Sebastiana oraz świętego Rocha z XVI/XVII wieku, XVI-wieczna Pietà oraz wizerunek św. Szczepana z tego samego okresu. Interesującym jest także kamienne retablum z kaplicy Chrzcielnej z 1515 roku. Wisienką na torcie jest niewątpliwie XIII-wieczna figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus (fr. Notre-Dame de Port), pamiętająca czasy starego kościoła.

Troyes – Drewniana makieta.

Do naszych czasów zachowało się także kilka witraży, ufundowanych dawniej przez crème de la crème Lotaryngii. Naturalnie nie było lepszego miejsca niż prezbiterium dla tych, które ufundował wspomniany już książę Rene. Po przeciwległej stronie natomiast znalazła się różyca fundacji księcia Antoine’a i jego brata – Jana z Lotaryngii. Wykonaniem dzieł zajął się znany ówcześnie artysta – Valentin Bousch ze Strasburga. Nad licznymi witrażami pracowali tu też nigdy niezidentyfikowani wirtuozi szkła z Troyes, Lyonu czy nawet z Norymbergii. Pomiędzy tymi, które w większości przepadły wraz z początkiem konfliktu francusko-szwedzkiego w listopadzie roku 1635 odnajdziemy wizerunek świętego Mikołaja, świętego Rocha, świętego Henryka z Bambergu, scenę Zwiastowania Najświętszej Marii Panny czy portret rodziny Berman.

I jak tu nie kochać gotyku, no sami powiedzcie. Jak?!

Źródła:

  • Découvrir la basilique de Saint-Nicolas-de-Port – Association connaissance et renaissance de la basilique de Saint-Nicolas-de-Port; Cyrille Bronique, Nancy; 2008

Zamek Bouzov – Baśń po czesku

Zamek Bozov (czes. hrad Bouzov); Czechy.

Zamek Bouzov to na pewno jedna z najbardziej spektakularnych fortec u naszych południowych sąsiadów. Wzniesiona na bazie średniowiecznych fundamentów, neogotycka konstrukcja, do chwili obecnej wprawia w zachwyt. Wszystko to za sprawą fortunnego położenia, które potęguje wrażenie zamku rodem z najpiękniejszej baśni. I do tego ta wspaniała bryła, która nawiązać miała do średniowiecznych korzeni tego miejsca. Czyż nie przywodzi ona na myśl naszego dolnośląskiego zamku Czocha? Przyznacie chyba, że jest tu pewne podobieństwo!

Fundacja i rozbudowa zamku w Bouzovie

Zamek Bouzov (czes. hrad Bouzov, niem. Burg Busau) położony jest około 35 kilometrów na północny zachód od Ołomuńca – stolicy kraju ołomunieckiego. Jego fundacja związana jest z intensywną kolonizacją terenów centralnych Moraw i Bohemii, którą skutecznie prowadzili władcy z dynastii Przemyślidów. Nie było więc lepszego miejsca na lokację twierdzy niż istotny trakt handlowy: ten tutaj prowadził między innymi z Litomyśla do sąsiedniej Bohemii.

Pierwszym, udokumentowany w 1317 roku właścicielem zamku był Buz z Bouzova. Jego konstrukcja wszak znacznie różniła się od tej dzisiejszej, bowiem charakteryzowała ją drewniana palisada. Kamień zagościł w Bouzovie dopiero za czasów Jana Luksemburskiego. Przekazał on włości morawskiej rodzinie Vildenberków, która w południowej części wzgórza wzniosła swój pałac.

Ołomuniec – Miasto na żółwiach.

Vildenberkowie nie zabawili tutaj zbyt długo, gdyż już w 1382 roku zmuszeni byli sprzedać swój majątek w Bouzovie. Nowym właścicielem stał się bratanek króla Karola IV – morgrabia Jodok z Moraw. Dzięki konfliktowi ze swoim bratem zobligowany był niejako do budowy solidnych murów obronnych. Dotyczyło to zarówno samego zamku jak i powstałego tu za panowania poprzednich właścicieli podzamcza. Kolejny wiek przyniósł kolejnych nabywców oraz rozbudowę umocnień, tym razem ze względu na szalejące wokół wojny husyckie. Dodatkowo, w połowie XV wieku, za panowania tu rodu Kunštátu, w północnej części wzniesiono gotycki pałac.

Pożar i krzyżacy

W obliczu zbliżających się do miasteczka wojsk Macieja Korwina, zamek Bouzov zmienił raz jeszcze swojego właściciela. Jego wojska na szczęście nigdy tu nie dotarły, a zamek udało się rozbudować o kolejny pałac, tym razem od strony wschodniej. Równowaga w przyrodzie została zachowana, bo choć wojska nie rozprawiły się z tym miejscem, to w 1558 roku zrobił to pożar, który pozostawił fortecę w stanie agonii na ponad pół wieku. W kolejnym stuleciu, zamek w Bouzovie po raz ostatni zmienił posiadacza. Tym razem goście mieli zabawić tu ponad 200 lat.

21 września roku Pańskiego 1696 zamek stał się posiadłością Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli krzyżaków. Co w takim razie zakonnicy wnieśli do swojej nowej rezydencji? Nic. W zasadzie przez prawie 200 lat zamek leżał odłogiem, a jego dni były już policzone. Cudem chyba udało się uniknąć jego całkowitego rozpadu. Przyczynił się do tego arcyksiążę austriacki i wielki mistrz zakonu krzyżackiego Eugeniusz Ferdynand Habsburg.

Krzyżacki zamek w Malborku.

Zamek Bouzov jak nowy

Wrażliwy arcyksiążę postanowił osoboście zaangażować się w przebudowę zamku. Jako znawca sztuk pięknych za cel postawił sobie tchnięcie w to miejsce średniowiecznego ducha i utworzenie tu muzeum zakonu oraz rezydencji dla siebie i swej matki, Elżbiety. Eugeniusz na wypełnienie tejże misji przeznaczył pokaźną sumę 20 milionów złotych monet! Rekonstrukcję trwającą od 1896 do 1910 roku zlecił monachijskiemu profesorowi architektury – Georgowi von Hauberrisser. Architekt znał się niewątpliwie na rzeczy o czym świadczyć mogły jego poprzednie renowacje czy budowy takie jak kościół św. Pawła w Monachium czy Nowy Ratusz, również w Monachium.

Wskrzeszenie zamku Georg skrupulatnie zaplanował na 2800 szkicach przedstawiając projekty stylizowanych mebli, nowoczesnych toalet, systemu ogrzewania i wielu innych. Wszystko to szyte na miarę, łącznie z telefonami na baterie! Arcyksiążę nie chciał elektryczności w swojej twierdzy, więc trzeba było inaczej rozwiązać ten „problem”. Poza kaprysami sponsora i dopasowywaniu puzzli z poprzednich epok, monachijski architekt swą energię skupić musiał na wzniesieniu efektownej, 61-metrowej wieży i kaplicy zamkowej.

Zamek Czocha – Wielka Enigma.

Efekty jego prac dziś łechtają gałki oczne najbardziej wymagających gości. Każda z zamkowych sal skrywa piękne artefakty pośród których warto wspomnieć o urzekających żyrandolach z jelenich rogów. Najciekawszym niewątpliwie jest kobieca figura z herbem zakonu krzyżackiego. W każdym zakątku da się też wyczuć silny wpływ nowego gotyku, ale i też innych, nowych nurtów. W Sali Królewskiej podziwiać można na przykład neorenesansowe sklepienie, a w Sypialni Wielkiego Mistrza dla odmiany znajdziemy barokowe meble.

Spośród wszystkich pomieszczeń wyróżnić należy jeszcze jedno, Salę Myśliwską, udekorowaną pięknymi polichromiami o motywach związanych z łowiectwem oraz mitologią. Pomiędzy zagadkowymi figurami odnajdziemy tę, przedstawiającą Dianę – boginię łowów lub też św. Huberta – patrona myśliwych. Zwiedzanie zapewne zakończymy na niewielkiej zbrojowni, znajdującej się nad neogotycką kaplicą zamkową św. Elżbiety. W tej istotnym elementem jest XV-wieczny ołtarz z predellą, uzupełniony XIX-wiecznymi elementami. Uwagę zwracają tu liczne epitafia oraz wsporniki o motywach antropomorficznych.

Baśń po czesku

Zamek Bouzov, pomimo swej neogotyckiej szaty, wydaje się nie mieć wielkiej konkurencji w Czechach. Oczywiście wyłączając z listy niezrównany zamek Karlštejn. Wybijająca się znad mórz lasów, bouzovska bryła stoi na straży wspomnień o dawnych panach tego miejsca. Zaprasza nas, by uczestniczyć w czeskiej baśni, spisanej na reszcie po wielu wiekach istnienia przez architekta von Hauberrissera. Historia nie rozczarowuje ani przez chwilę. Uczestnicy tej baśni jednak już tak. Hordy zwiedzających na czele z przedszkolakami nacierają na zamek, aby w 50 minutowym skrócie przetoczyć się przez zamek. Czy to odpowiedni czas, aby liznąć choć trochę z tej baśni? Wątpliwe.

Warto wiedzieć, że około 40 kilometrów od Bouzova znajduje się zamek Sovinec. Nie jest on romantyczną twierdzą, a połowiczną ruiną. Być może to stanowi o jego atrakcyjności, bo nie uświadczymy tutaj hordy przedszkolaków. Cisza, spokój i kawał dobrej historii, która całkiem niedawno poszła z dymem!

Informacje praktyczne:
Spodobał Wam się ten zamek? Być może już go kiedyś odwiedziliście? A może właśnie dzięki temu wpisowi zagości on na Waszej liście miejsc do odwiedzenia? Podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach! :)

Źródła:

  • Bouzov castle – Zuzanna Marková, wyd. GLORIET, Ołomuniec 2006