Trzy korony Pikardii (Soissons, Noyon, Senlis)

Szlakiem francuskiego gotyku część 3

Soissons

Zbliżaliśmy się do Soissons i już od dawna na horyzoncie jawiły nam się dwie, wysokie wieże. Niech Was nie zwiedzie ten widok moi drodzy, to nie są wieże katedry. Absolutnie! To wieże ogromnego w wiekach średnich opactwa Saint Jean des Vignes, które padło ofiarą Rewolucji Francuskiej. Grafik francuzów znów popsuł nam szyki, ale szczęśliwie teren owych ruin jest dostępny cały dzień! Auto porzuciliśmy więc na bezpłatnym parkingu nieopodal katedry, na Place Saint-Chrisophe i całując klamki kolejnych budowli dotarliśmy właśnie do jedynego otwartego miejsca.

Soissons to miasto, którego korzenie sięgają czasów Juliusza Cezara, a na znaczeniu przyniosło mu panowanie najsłynniejszego z Merowingów – Chlodwiga I. Władca ów upodobał sobie to miejsce tak bardzo, że przeniósł tu stolicę kraju z Tournai. W opactwie św. Mérarda w Soissons spoczął jego syn Chlotar, dzięki także któremu rozwijające się miasto stało się wkrótce miejscem synodów i koronacji – króla Pepina w roku 751 i Karlomana w 768. Bogata historia miasta została zamknięta w ciągu 4 dni. W ciągu 4 dni roku 1870 zburzono solidne mury, które okalały fortecę i najważniejszy punkt obrony Paryża. Tym samym zepchnięto królewskie miasto w totalną odchłań tak skutecznie, że niewielu ludzi wie o jego istnieniu.

Dzień zapowiadał się rzeczywiście chłodno, lecz właśnie gdy przekraczaliśmy teren dawnej krainy mlekiem i miodem płynącej wyszło piękne słońce. Niby to tylko ruiny, ale szczęka opadała ze zdumienia nad ich wielkością. Tylko pomyśleć jak wyglądało opactwo Saint Jean des Vignes nim rewolucjoniści zaczęli rozprawiać się ze swoim dziedzictwem… Wieże to jednakże nie jedyny ślad po splendorze wielkiego opactwa. Dookoła roi się od małych, acz znaczących elementów, które stymulują naszą wyobraźnię. Mury dawnej kuchni, wspaniale zachowany krużganek z wieloma dekoracjami, krypta i najpiękniejszy w okolicy refektarz. Niby niewiele, a jednak! Okazało się, że na podziwianiu spędziliśmy tak dużo czasu, że otworzono po przerwie muzeum na terenie opactwa i ku naszej radość udostępniono nam refektarz i kryptę. Widziałem już całą masę podobnych miejsc, ale żadne z nich nie jest takie samo, za każdym razem to zupełnie inna historia. Cisza mącona podziemnym źródłem wody stworzyła niepowtarzalny klimat.

Choć rozstanie z ruinami nie było łatwe pognaliśmy w stronę opactwa Saint Léger, które zachwalała nam pani z muzeum w ruinach. Nadmienię, że z wielką łatwością mówiła po angielsku, więc był to zdecydowanie kolejny pozytywny aspekt tej wycieczki. Wstęp na teren kompleksu jest całkowicie darmowy – co do grafiku, najlepiej skonsultować to ze stroną internetową.

Tak więc święty Léger to już inna historia, zupełne przeciwieństwo, ale przecież nie może być zawsze różowo. Zbiory muzeum dość niewielkie, wstęp 2 euracze i znów na migi, +10 do kreatywności dla pana, który pokazywał frazę c’est fermé. No może i to muzeum porwałoby kogoś, ale nie mnie. Musiałem jednak tam wstąpić, bo po pierwsze jest tam złoty relikwiarz z planem XV – wiecznego miasta na którym umieszczono katedrę, a raczej wizję tego jak miała wyglądać. Dodatkowo na złotym planie znajdują się jeszcze inne, niemniej interesujące acz nieistniejące już w obecnym świecie budowle. I po drugie, to jedyna droga do opactwa Saint-Léger… Dekonsekrowany kościół stał się cmentarzyskiem rzeźb. Jak dla mnie bomba! I oczywiście krypta z której wieje nie tylko wietrzyk! Co za widok!

I właściwie to by było na tyle. Zegar tykał jak oszalały, wiec pędem udaliśmy się do katedry – to jakby oczywiste. Była najbrzydszą ze wszystkich gotyckich katedr jaką widziałem, ale z racji zawirowań i skomplikowanej historii, która idealnie wyrysowana jest w każdym kamieniu wybaczam jej brzydotę. Koniec końców to jej konstrukcja wygląda jak łamigłówka doskonała, mnóstwo niepasujących do siebie elementów finalnie tworzy jedną całość!

Noyon

Ależ matko bosa! Miał być październik, a jest piździernik! Szczędząc detali podróży ze Soissons do Noyon, która trwała jakieś 40 minut, zaparkowawszy auto na darmowym parkingu przy Cours Druon, niedaleko stacji kolejowej ruszyliśmy w miacho. Nad głowami złowieszczo zwiewały nam flagi Kanady, Wielkiej Brytanii i w końcu Hameryki. Na litość, rozumiem, że rakieta, że szybko ale byłbym przysiągł, że nie mijaliśmy oceanu. No cóż, flagi mówiły coś innego, ale miejscowość jakby ta sama – zagadka niewyjaśnialna, a nawet jeśli było jakieś sensowne wyjaśnienie tego zajścia to i tak miałem to gdzieś. Katedra w Noyon pw. NMP była w zasadzie jedynym, co sprowadziło nas do miasta Jana Kalwina i zrobiła na nas piorunujące wrażenie.

Noyon, jak i poprzednie miasto ma swoje korzenie kilka wieków wstecz, a jego nazwa wywodzi się z syntezy słów języka łacińskiego i galijskiego – Noviomagus, czyli Nowy Szlak. Odnosi się ona oczywiście do topografii Noyon, które stało się bardzo ważnym punktem na trakcie wzdłuż rzeki Oise w starożytności. 9 października 768 ukoronowano tu pierwszego władcę Świętego Imperium Rzymskiego – Karola Wielkiego, a 3 lipca 987 roku odbyła się tu również koronacja pierwszego władcy z dynastii Kapetyngów Hugo Kapeta. Przez wieki miasto dzierżyło tytuł miasta episkopalnego, które straciło wraz z Wielką Rewolucją Francuską i wszelkimi zmianami po niej następującymi. Świetny punkt oblężenia Paryża znalazł się także tutaj, co wpłynęło tragicznie na losy miasta podczas pierwszej wojny światowej. W efekcie, jak wiele miast w okolicy Noyon zepchnięto nawet nie na drugi plan…

Jesienno mroczna aura i zwalista budowla, przypominająca bardziej dom Frankensteina niż gotycką katedrę w otoczeniu zwalającym z nóg rozłożyła nas na łopatki. Nie pierwsza i nie ostatnia. Skłamałbym mówiąc, że pragnąłem do niej wejść od pierwszego wejrzenia, ale nieprzyjemny wiatr nie pozostawił mi wyboru i siłą zapędził mnie do środka! Między filarami od czasu do czasu migały mroczne cienie, których z daleka nie byłem w stanie zidentyfikować. Duch mara, Bóg wiara pomyślałem zatrwożony i zapaliłem świeczkę! O tak, w pięknej kaplicy ze sklepieniem stalaktytowym. Okropne jęki, które co rusz wyrywały mnie z zamysłu dochodziły z kaplicy nieopodal w której, jak się okazało właśnie odbywała się poranna msza. Było jeszcze wcześnie, za wcześnie by się tu kręcić.

Słońce ewidentnie, tak jak my, było na wakacjach – niestety w innym miejscu, ale o dziwo jego brak zupełnie mi nie przeszkadzał. Wręcz odwrotnie, pasował idealnie do bryły romańsko-gotyckiej budowli i jej otoczenia. Byłem tu, widziałem i czułem – brudne, ciemne i śmierdzące średniowiecze. Klimat sprzyjał wyobraźni – katedra stała się tłem niezwykłej scenerii, którą dopełniła XVI – wieczna biblioteka biskupia.

Zamek Pierrefonds

Oscylując ciągle wokół Paryża nie było możliwości minąć Senlis. Przyczyn nie wymienię, ale żeby nie było za prosto i za szybko wybrałem jeszcze dwa punkty, które wydały mi się dość wartościowe – zamek w Pierrefonds i romański kościół w Morienval. O zamku pomyślałem, a nawet powiedziałem – a taki malutki zameczek, szybko obskoczymy. Wiem, że to herezja, ale słowo adekwatne do zamku, który prezentuje styl neogotycki więc zupełnie nie moja bajka. Otóż, zdjęcia Pierrefonds wyraźnie nie oddały ogromu tej twierdzy. Znajdujące się na wzgórzu ogromne zamczysko wydawało się tonąć w chmurach, zwłaszcza że tylko przez chwilę znajdowaliśmy się na jego wysokości, po czym jechaliśmy w dół… i w dół… Myślę, że nazwisko Eugène Viollet le Duc odpowie samo za siebie. 7, 50 EUR za wstęp było zdecydowanie warte doświadczenia na własnej skórze wielkiej, choć nieukończonej wizji mistrza. Stworzone z rozmachem, kolosalne pomieszczenia w stylu nowego gotyku, urządzone zgodnie z nowymi kanonami są w stanie oszukać niejednego widza. Najlepsze kryje się za to w podziemiach – tumby nagrobne ważnych osobistości. Okraszone słabym światłem i wizualizacjami zmarłych oraz głosy dochodzące z każdej strony sprawiają, że włos się jeży tu i ówdzie. Są to repliki, których oryginały znajdują się między innymi w bazylice Saint Denis, ale wchodząc tam nikomu chyba nie robi to różnicy. Miłym akcentem było znowuż móc dogadać się w jakimś ludzkim języku, tym razem po hiszpańsku. Z niekłamaną dumą zwykłem wspominać, że jestem Polakiem, który potrafi dogadać się po angielsku i hiszpańsku. Francuzi mogliby się od nas wiele nauczyć…

Kościół w Morienval

Morienval znajdował się tuż obok, a romański kościół był chyba jednym miejscem godnym uwagi w tejże malutkiej i zupełnie opuszczonej wiosce. Podeszliśmy do drzwi i jakby zamknięte. Zdolności językowe to ważna rzecz, wraz z umiejętnością czytania dają naprawdę wiele. Otóż na tablicy obok kościoła widniało info gdzie można znaleźć klucz do kościoła! To było łatwe, odebraliśmy klucz i po raz kolejny mieliśmy prywatne zwiedzanie. Tylko my, kurz i nietoperze. No dobra, nietoperze sobie wymyśliłem akurat. Gdzieś je widziałem, ale to nie tu. Tutaj moją uwagę przykuła zakrystia utworzona za stalowymi kratami i półki na których stały XV – wieczne figury świętych przeplatane relikwiami… Jeśli jeszcze nie wiecie czym były, wyobraźcie sobie, bo ja wiem… Wasz piszczel, palec, którym robicie brzydkie rzeczy czy kawałek uda, no cokolwiek tylko bez mięsa. Dodajcie do tego złotą nitkę i voilà! Relikwia. No więc było ich tam pełno, zdecydowanie ciekawe zjawisko, bowiem na ogół przetrzymuje się je w zamkniętych relikwiarzach, z dala od oczu ciekawskich. Nie tą razą! Jedyne czego się nie udało zobaczyć, to paradoksalnie bryła kościoła! Fatalne położenie na skarpie sprawiło, że całość ogrodzono i urządzono ogród do którego wstęp jest płatny – 8 EUR. Nie to jednak stanowiło problem, a znalezienie wejścia… Kiedy się jednak udało, zostaliśmy bezczelnie spławieni – na migi! Co za potwarz… Szczęśliwie język ciała jest uniwersalny i można znaleźć wiele sposobów, które pomogą nam wyrazić co czujemy w takiej chwili ;)

Senlis

Dojechaliśmy w końcu do Senlis, o dość dobrej porze jak niezwykle. Mijając kościół świętego Piotra (Saint-Pierre), którego większa część pokrywały rusztowania zasmuciłem się nieco. Wyglądał niesamowicie klimatycznie, a porastające go rośliny tworzyły iluzję zaczarowanego ogrodu. Dodawało mu to niesamowitego uroku, jednak zdawałem sobie sprawę, że ważniejsze jest utrzymanie obiektu w dobrym stanie, a wykwity roślinne to chyba najszybszy niszczyciel gotyckich obiektów.

Przełknąłem to jakoś krocząc do katedry – pogoda jak z obrazka, a pizgawica nie z tej ziemi. Pogrzeb. Mój Boże, zrobiło się tak depresyjnie, że musiałem coś zjeść. Niestety, jedni piją, inni palą, a ja żrę! Francuski bagnet chlebowy wypchany szynką ze słonia i serem przepędził deprechę i przyspieszył czas oczekiwania. Wiem, że wyglądałem jak sęp czyhając aż zakończy się cały obrzęd, ale ustawiłem się w bezpiecznej odległości tak, aby nie zakłócać obrzędu.

Nie powiem, że nie było warto wejść do środka – warto, a i owszem. Dla samego sprawdzenia jak wygląda jedna z pierwszych katedr w duchu gotyku. Chyba wyłącznie dlatego. Jak mówi słynne, angielskie porzekadło Never judge a book by its cover, tak i w tym przypadku piękna bryła niewiele ma wspólnego z pięknym wnętrzem. Jako, że jest to jeden z pierwowzorów nie można oczekiwać zbyt wiele, a ja po obejrzeniu już tak dużej ilości katedr w ostatnim czasie naturalnie zacząłem porównania. Być może zupełnie niesprawiedliwie, bo na swój sposób jest ładna, ale coś mi się w niej nie spodobało. Nie wypadła w każdym razie najlepiej, niestety. Wspomnieć oczywiście należy, że katedra była ulubionym miejscem Kapetyngów, jednak zdaje się że nie kiwnęli oni palcem aby wspomóc jej rozwój. Ogrom wrażeń ostatnich dni zdecydowanie zwalił nas z nóg. Pogrążyliśmy się śniąc o trzech koronach Pikardii…

Uprzedzając Wasze myśli, nie, to nie było za dużo. I nie, nie mylą mi się :)

CDN.

 

Linki pomocnicze:

www.ville-soissons.fr
http://en.noyon-tourisme.com
http://www.senlis-tourisme.fr

 

Powiązane wpisy:

9 komentarzyZostaw komentarz

Podziel się z nami swoją opinią!