Średniowieczny Wrocław – Syf, kiła i mogiła (+18)

Średniowieczny Wrocław

Fekalia

Jeśli kiedykolwiek myśleliście, że średniowiecze to raczej szara i smutna epoka, tysiącletni lapsus w dziejach ludzkości, to zapewne mieliście przed sobą obraz brudnych miast, wstrętnych choróbsk i powszechnej degrengolady, której ulegała ludzkość. Nie inaczej było w XIII-wiecznym Wrocławiu, którego ulice bynajmniej nie były usrane… usłane różami. Domniemam, że znacie zwyczaj ogłaszania wylewania nieczystości na ulicę, czy to z parteru czy z piętra wszystkie pomyje wydostawały się nie rurą ściekową jak dziś, a po prostu wiaderkiem przez okno. I tak nawet do początków XX wieku! Analogicznie trzeba było oznajmić swą prezencję sławetnym „Idzie się!”, aby choć trochę zminimalizować prawdopodobieństwo spotkania się z poranną kupą lub szczynami sąsiada. Tak było moi drodzy, tak było.

Otóż fekalia trafiały przed dom i co później? Cóż, płynęły dopóki mogły… bowiem śmierdzące i oklejone wszelkiej maści gównem ulice posiadały rynsztok, jednak jego funkcjonalność możemy poddać wątpliwości. W każdym razie jeśli kupeczki nie dokleiły się do wielkiej skorupy, kończyły swoją drogę w Odrze bądź Oławie. Aby móc poruszać się po ulicy budowano więc pomosty i kładki z drewnianych bali, ale i one często tonęły we wszechobecnym szicie. Z pomocą przychodził zatem piasek! Jeśli kiedykolwiek zastanawiały różnice w poziomach wzniesienia w miastach o korzeniach na przykład średniowiecznych to wina lub jak kto woli zasługa odpadów bytowych, które zasypywano właśnie nim. Dla unaocznienia tego zjawiska wyobraźcie sobie, że poziom terenu w II połowie XIII wieku we Wrocławiu podniósł się aż o 3 metry! Być może właśnie teraz zdacie sobie sprawę skąd w muzeach cała masa przeróżnych artefaktów, od monet po grzebienie.

Zwierzyna

Do sielankowej wizji Wrocławia obklejonego śmierdzącą mazią dodać musimy również trzodę chlewną chodzącą wszędzie i jedzącą wszystko, ścieki z rzeźni, piekarni, dosłownie cały syf zewsząd! Wszystkie kupska świata lądowały w jednej puli. Czujecie to? Na pewno nie! Nikt chyba nie jest w stanie wyobrazić sobie tak wybuchowej mieszanki. Od 1501 roku próbowano sobie poradzić przynajmniej ze zwierzętami hodowlanymi narzucając obowiązek zatrudnienia pasterza do ich wypasu. Niestety walka ze zwierzęcym gównem była walką z wiatrakami. Koniec końców jaka to różnica kto nasrał, a kto rozmazał? Gówno to gówno przecie. Dopiero w 1804 roku definitywnie zakazano hodowli w obrębie miasta.

Śmieci

Dokumenty podają, że średniowieczny Wrocław posiadał własną brygadę śmieciową już (albo dopiero) w XIV wieku, ale co z tego! Mężczyźni zwani wózkarzami odbierali śmieci spod drzwi kamieniczek na trasie wyznaczonej przez władze miasta, lecz cała akcja sprzątania szła im jak krew z nosa. Aczkolwiek to była przyjemna część pracy, bowiem druga część obowiązków dotyczyła opróżniania nieczystości z wychodków. Jeśli przyjdzie Wam kiedykolwiek narzekać na swoją pracę pomyślcie o mroźnym, zimowym (rzecz jasna) wieczorze i niebie usnutym gwiazdami. Potem dopiero wyobraźcie sobie siebie grzebiących w ludzkich odchodach! Obleśność, c’nie? Na znak przeprowadzania całej akcji przed domem rozpalano ogień, aby uchronić przypadkowych przechodniów przed wszystkimi komponentami całego zajścia. Odchody wywożono poza miasto, jednak nierzadko wózkarze byli atakowani przez samych mieszkańców! Niewdzięczni. Jednym słowem wózkarze mieli PRZESRANE. Aby uniknąć kolejnej epoki lodowcowej z miasta wywożono również śnieg…

W XV wieku na ulicach Wrocławia pojawiło się dwadzieścia wozów zaprzęganych już końmi, a nie siłą ludzkich mięśni. Na wysypisko śmieci natomiast wybrano tereny poza obrębem murów miejskich – niedaleko dzisiejszego Placu Muzealnego (przy dawnym Stawie Mysim). Niewesoło było żyć w średniowiecznym Wrocławiu, ani renesansowym i później też było niewesoło, o! 26 maja 1744 wraz z wprowadzeniem w życie regulaminu dotyczącego utrzymania porządku w mieście, który zabraniał wyrzucania śmieci przez okno i nakazywał dbać o czystość przed domem, sytuacja miała się nareszcie poprawić. Niestosowanie się groziło wysokimi karami, ale przyzwyczajenia ludzkie były silniejsze i na prawdziwe efekty średniowieczny Wrocław musiał czekać długo, bo jeszcze w 1790 roku Goethe określił go jako miasto „hałaśliwe, brudne i śmierdzące”.

Higiena

Wszechobecny odór zgnilizny i kurz świdrujący w nozdrzach – tak rysuje się przed nami obraz średniowiecza. Pojęcie higieny w takich warunkach nie było zupełnie nieznane, wbrew powszechnej opinii, ale nasi przodkowie raczej z tym nie przesadzali. Istniały miejskie łaźnie, które stały otworem dla spragnionych czystości i wszelkich doznań mieszkańców, jednak bardziej przystępną formą była kąpiel w jeziorze czy rzece.  Jeśli już o łaźniach mowa to walory samego miejsca podnosiły kobiety lekkich obyczajów, które nierzadko fundowały owe „wszelkie doznania”. Ślady (prawdopodobnie) jednej ze średniowiecznych łaźni odkryto na ulicy Kazimierza Wielkiego 45, co tylko potwierdza że brak higieny w tamtych czasach jest mitem.

Ciekawe jest to również, że Wrocław miał dostęp do bieżącej wody już w XIII wieku, a studnie znajdować się miały podobno na każdej parceli. Od połowy XIV wieku za to miasto szczyciło się posiadaniem glinianych wodociągów, co było ewenementem w tej części Europy. Sytuacja na przestrzeni wieków nie wyglądała jednak różowo, bo w 1824 roku tylko Wyspa Katedralna i kilka domów w obrębie miasta mogło cieszyć się zdatną do picia wodą. Oznacza to tylko tyle, że miasto rozwijało się, a wodociągi stały w miejscu.

Niestety nie istnieje żaden związek licznych studni z czystością w mieście. Pierwsze instalacje kanalizacyjne w mieście związane były z powstawaniem średniowiecznych klasztorów i odprowadzały nieczystości do Odry. Kupeczki i inne takie płynęły sobie zaledwie nieco ponad 1,5 kilometrowym odcinkiem zahaczając ulice Uniwersytecką, Szewską, Antoniego Cieszyńskiego, Kuźniczą i Odrzańską. Dla porównania nadmienię, że sieć kanalizacyjna we Wrocławiu w czasie II wojny światowej liczyła 838 kilometrów.

Fosa

W XIII wieku we Wrocławiu, przed pierwszym pierścieniem murów miejskich (obecnie ulice Nowy Świat, Białoskórnicza, Kazimierza Wielkiego i Klemensa Janickiego) wykopano fosę, która nie bez powodu w ciągu wieków nazwana została Czarną Oławą. Budowa drugiego pierścienia wraz z rozwojem miasta w XIV wieku zdegradowała funkcję rzeki z militarnej do gospodarczej. Brzegi szybko wypełniły się domkami, które zasiedlał wrocławski margines, a pośród całej śmietanki swoje siedziby mieli różnej maści rzemieślnicy. W zasadzie już chyba to wystarczyłoby, aby totalnie zasyfić płynącą wartkim nurtem rzekę, ale nie. Oczywiście do domów dołączano wychodki z których nieczystości spływały właśnie tam, odpadki i śmieci – do rzeki, konie – do rzeki, wszystko lądowało w rzece. Oh jak zwodnicze było myślenie, że nurt zabierze wszystko ze sobą! Nic bardziej mylnego.

Dodajmy do tego jeszcze wizję pomostów wychodzących z domów do rzeki. Jako, że Czarna Oława miała funkcję gospodarczą samo przez się rozumie się, że to właśnie ona dostarczała wodę mieszkańcom Wrocławia. Tak, dokładnie tak jak myślicie – srali do niej a potem pili. To znaczy, mniej więcej. A w sumie to więcej niż mniej…

Niestety wysoki poziom rzeki zaczął opadać, a wszystko to czego nurt ze sobą nie zabrał, osadzało się tworząc warstwę cuchnącego mułu. Z biegiem lat życiodajna rzeka stała się największym przekleństwem mieszkańców Wrocławia, a jej fetor był nie do zniesienia. Nie tylko upalne dni odciskały piętno na mieszkańcach miasta, albowiem Czarna Oława stała się wylęgarnią zarazy wszelakiej. Epidemie cholery czy tyfusu to tylko niektóre z zasług smródki, aczkolwiek idące w tysiące ofiary zabójczej rzeki nie były wystarczającym powodem do jej zasypania! Finalnie po epidemii cholery w 1866 roku, która zabrała ze sobą ponad 4 tysiące osób zasypano Oławę śródmiejską i na jej miejscu założono ulicę. Po raz kolejny jednak pojawił się we Wrocławiu problem z wodą pitną…

Choróbska

Średniowieczny Wrocław niejednokrotnie nawiedzały epidemie, których występowanie potwierdzają źródła historyczne i oczywiście relacje kronikarzy. Wszyscy słyszeliśmy zapewne o dżumie, która dziesiątkowała raz po raz Europę. Pierwsza, potwierdzona jej epidemia nawiedziła miasto już w 1315 roku i do czasu swej ostatniej wizyty w 1668 roku zebrała niewyobrażalne żniwo. Co ciekawe, a raczej zastraszające to fakt, że to wcale nie największa z nich, której apogeum przypadło na połowę XIV wieku była tą najgorszą, a epidemia z 1633 roku! Liczbę ofiar szacuje się na ponad 13 tysięcy, a dla upamiętnienia tego wydarzenia, zamiast słupa morowego, na placu biskupa Nankiera umieszczono tabliczkę z tą właśnie datą. Kiedy ustąpiły już serie dżumy Wrocław ulubiły sobie kolejne epidemie – tyfusu oraz cholery czy gruźlicy, a nawet grypy!

Oczywiście nie myślcie sobie, że to wyłącznie wina higieny! Niestety na epidemie składało się znacznie więcej czynników pośród których wymienić można bardzo niski standard życia czy wszechobecne ubóstwo, nieurodzajność plonów, prowadzące do głodu i kapryśna pogoda, która często była czynnikiem głównym. Poza tym nie bez znaczenia pozostawało zagęszczenie ludności w miastach i oczywiście szlaki handlowe na których można było całkiem za darmo dostać jakiś prezencik.

Kronikarze wymieniają też inne choroby, które dręczyły ówczesnych wrocławian, a pośród nich paraliże, udary mózgu, żółta gorączka i rzecz jasna wszelkiego rodzaju zatrucia pokarmowe. Swoją drogą powinniśmy być wdzięczni tym ludziom za dar wiedzy jaki nam przekazali. To właśnie między innymi dzięki średniowiecznym wiem co możemy jeść, a co jest dla nas trujące. Dodatkowo, nie myślcie sobie, że nowotwór to coś nowego – niestety cholerstwo towarzyszy nam od zarania dziejów, więc także i w średniowieczu towarzyszyło naszym przodkom!

Wieki Średnie od seksu wolne nie były, choć kościół potępiał wszelkie dupy na boku życie biegło swoim torem. Akt miłosny zatem oprócz przyjemności, często dostarczał więcej wrażeń niż delikwenci mogliby oczekiwać. Tak jak i teraz zresztą, wstydliwe choroby były wstydliwe i wtedy, bo w sumie nie ma się czym chwalić i najważniejsze – dotyczyły one WYŁĄCZNIE ludzi świeckich! Kanonicy mogli zarazić się kiłą czy rzeżączką wyłącznie przez powietrze. No przecież! Zarządzenie z 30 września 1552 roku nakazywało izolować chorych na syfilis i jemu podobnych od ludzi zdrowych. Tych przenoszono do szpitali św. Hioba (przed Bramą Mikołajską – u zbiegu ulicy Ruskiej i św. Mikołaja) i św. Łazarza (przy ulicy Traugutta). Swoją drogą kiła ma tyle nazw, że aż dziwne że w Poznaniu nie nazwano jej chorobą wrocławską. W każdym razie Rosjanie oskarżali nas o rozsiewanie motyli miłości, a my winiliśmy Niemców – ktoś winny być musi.

Jak widzicie średniowiecze nie było wcale smutną epoką, działo się więcej niż możemy sobie wyobrazić. Pamiętajmy jednak, że wraz z nadejściem renesansu czy kolejnych epok smród i syf od razu nie zniknęły! Zmiany te wymagały sporo czasu, kilka wieków zanim doszliśmy do tego co mamy tak więc weźmy pod uwagę, że średniowiecze to tak naprawdę okres do końca XIX wieku pod wieloma względami.

Czasami nawet mam wrażenie, że w pewnych sferach życia wciąż w nim tkwimy…

 

Źródła:
Wrocławskie wędrówki przez stulecia – Wojciech Chądzyński; wyd. Via Nowa; Wrocław 2009
http://wroclawfantastyczny.blogspot.com/2012_07_01_archive.html
http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,35762,2585535.html
http://www.festiwal.wroc.pl/2015/?c=article&id=178
http://old.wcss.pl/wroclaw/sredniowieczny.htm

Powiązane wpisy:

15 komentarzyZostaw komentarz

  • Ja bym powiedziała śmierdząca sprawa ;) Post nietypowy a przynajmniej traktuje o czymś co wszyscy wiedzą, ale nie mówią.
    Czasem podróżując w różnych częściach nie tylko świata ale i kraju czuje się jeszcze tamte klimaty.

  • Bardzo nietypowy wpis, ale takie są potrzebne. Jak już sama pisałam – wszyscy zazwyczaj piszą o miejscach które są polecić lub które są ciekawe. Fajne, że zwróciłeś również uwagę na te mroczne strony miejsca.

  • Jest to jeden z ciekawszych tekstów blogowo-podróżniczych jakie czytałam ostatnio i jedyny kiedy podczas czytania co chwilę miałam odruch wymiotny. Jeszcze pisząc ten komentarz jest mi nieswojo.

    Inna sprawa, że to co opisałeś działo się prakycznie w każdych większych skupiskach ludzi. Wyobraź sobie co musiało być w Londynie lub Paryżu…

  • Obawiam się, że sporo polskich miast wyglądało i pachniało podobnie :D Nie mniej jest to dziś moje ulubione miejsce w naszym kraju i trzeba przyznać, że średniowiecze dawno minęło :)

  • Trochę mi przed oczyma stanęły Chiny, jakby po trochu średniowiecze. Oczywiścienie mówimy o 1-ligowych miastach, a małych mieścinach i wioskach. Kanalizacja będzie, ale ze śmieciami mają podobne podejście..wszystko na ulicę przed dom, a później przychodza sprzątające brygady…z rana będzie czysto, ale kilka godizm i znowu syf…
    Dawno nie byłem we Wro, mam nadzieję, że nie cofaja sie do średniowiecza:)
    pzdr

  • Tytuł idealnie odzwierciedla zawartość artykułu:) Ale chyba te czasy można sobie zobaczyć na nie jednym filmie z ulic paryskich czy londyńskich i chyba faktycznie ten okres można zaliczyć do tych nie nudnych:) wizualnie.. no i zapachowo.

  • Uwielbiam ten post! Każde zdanie czytałam z ogromnym zainteresowaniem, chociaż także z lekkim obrzydzeniem – nie ma co ukrywać. Sprawy z ówczesną „kanalizacją” przecież nie mogą mieścić się nam w głowie… W dodatku tak sobie pomyślałam, że gdybym żyła w tamtych czasach, chyba nie chodziłabym nad Ordę by odpocząć :)

Podziel się z nami swoją opinią!