Autor - sekulada

Katedra w Kamieniu Pomorskim i zaczarowany ogród

Katedra w Kamieniu Pomorskim pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, dzięki swej fortunnej pozycji przywodzi na myśl katedrę we Fromborku. Usytuowany nad Zalewem Kamieńskim, gotycki kościół jest tu częścią kompleksu średniowiecznych zabytków. Jego osłonięta mieszanką zieleni i betonu bryła dziś skutecznie niknie w panoramie miasta. W wielu przypadkach brak wyeksponowania walorów świątyni tej rangi byłby zbrodnią, ale katedra w Kamieniu Pomorskim nie jest tym przypadkiem. Wręcz odwrotnie!

Gotycka katedra w Kamieniu Pomorskim

Historia kamieńskiej katedry sięga rządów Bolesława Krzywoustego, który zaprosił na misje chrystianizacyjne świętego Ottona z Bambergu. Podczas dwóch takich wypraw, biskup ufundował na Pomorzu aż czternaście kościołów, a jednym z nim był ten w książęcym Kamieniu. 15 sierpnia roku 1176 położono kamień węgielny pod budowę przyszłej katedry. Książę Kazimierz I, jako fundator tejże, przeznaczył na teren powstającej świątyni część podgrodzia, które w XIV wieku otoczono kamienno-ceglanym murem z trzema basztami. Stanowiąca pierwszą linię obrony palisada z czasem zastąpiona została zaś fosą.

Katedra w Kamieniu Pomorskim wznoszona była na tradycyjnym planie krzyża łacińskiego, zakończonego apsydą i przeciętego transeptem. Jej budowa w duchu romanizmu rozpoczęła się od chóru, w części wschodniej, by po objęciu rządów przez biskupa Hermana von Gleichen zmieniono początkowy zamysł, dodając do konstrukcji wirydarz przy północnej części transeptu. Pomysł okazał się rewolucyjny, zwłaszcza na fakt, że na wschód od Łaby nie budowano wirydarzy przy katedrach. Plądrowana dwukrotnie w latach 1273 i 1308 konstrukcja o mały włos pozostałaby tylko w sferze planów, gdyby nie pomoc książąt Warcisława IV i Bogusława IV, dzięki którym świątynię odbudowano.

Fundamenty romańskiej wersji posłużyły jako podwaliny do kontynuacji prac już w duchu gotyku. Na korpus gotyckiej bazyliki złożyły się nawa główna oraz dwie nawy boczne z transeptem i zakończone apsydą prezbiterium od wschodu i wieżą od zachodu. Budowa jednego z krużganków wirydarza zakłóciła jednak szerokość nawy północnej. Część przeznaczoną dla kanoników oddzielono od strefy wiernych kamiennym lektorium i kontynuowano prace zarówno nad zieleńcem jak i ceglaną attyką nad nawą południową.

Wyposażenie w Wiekach Średnich

W trakcie prac nad korpusem nawowym, czyli pomiędzy latami 1332 a 1400 ufundowano ponad 20 gotyckich ołtarzy oraz pierwsze organy. W połowie XV wieku ulokowano w prezbiterium stalle i nieco później umieszczono tu kolejne organy. Bogato zdobione wnętrze wraz z pięknymi polichromiami i witrażami potwierdzały rangę kamieńskiego kościoła. Jeszcze około 1500 roku do wyposażenia trafił wspaniały tryptyk ze scenami min. z życia NMP, który jako jedyny pozostał na swoim miejscu do naszych czasów.

Perła Warmii i Mazur – Katedra we Fromborku.

Uwielbienie dla form baroku

Rok 1534 to czas w którym Pomorze jako swą religię przyjęło protestantyzm w związku z czym trzeba było dostosować świeżo ukończoną świątynię do nowych wytycznych. Przed zmianami udało się ocalić ołtarz główny (obecnie w katedrze szczecińskiej) i kilka mniejszych artefaktów: XIV-wieczną chrzcielnicę, XV-wieczne stalle, XV-wieczny krucyfiks w formie Drzewa Życia, XVI-wieczny tryptyk czy późnogotyckie figury świętych Janów Chrzciciela i Ewangelisty. Do końca XVII wieku także lektorium, jako relikt dawnej świetności, zdobiło wnętrze kamieńskiej katedry.

Siostrzeniec księcia pomorskiego Bogusława XIV, biskup tytularny książę Ernest Bogusław de Croy, pod koniec XVII wieku postawił sobie za cel upiększenie katedry. Bezkrytyczne uwielbienie dla fantazyjnych form barokowego wystroju zalało wkrótce wnętrze świątyni. Elementami, które po dziś dzień przypominają nam owe zmiany to imponujący prospekt organowy czy ambona.

XIX-wieczna regotyzacja

Na początku XIX stulecia rozpoczęto wyburzanie zniszczonej w 1649 roku wieży, którą odbudowano dopiero pół wieku później. Na polecenie cesarza Wilhelma IV, zadania tego podjął się znany wówczas konserwator zabytków – Ferdynad von Quast. Oprócz swojego udziału w projekcie odbudowy wieży nawiązującej do tej z XIV wieku, Quast dostał polecenie przeprowadzenia gruntownej renowacji zabytku. W związku z tym po raz kolejny zatarto ślady poprzednich prac, zdzierając na przykład tynk łącznie z powstałymi na nim polichromiami. Zasypano także grobowce biskupów kamieńskich i usunięto płyty nagrobne na rzecz nowej posadzki i później ogrzewania. Pojawiła się nawet opcja dobudowy ostatniej części krużganków wirydarza, jednak zaniechano jej na potrzeby dodatkowych przypór korpusu.

Jeszcze przed II wojną światową przebudowano po raz kolejny neogotycką wieżę, a niewielkie uszkodzenia konstrukcji w tym czasie pozwoliły jej przetrwać do naszych czasów. Chociaż szkody obiektu nie były tu zbyt wielkie, to w obawie przed nadejściem frontu wywieziono stąd wiele cennych artefaktów, bezpowrotnie. Po zażegnaniu działań wojennych podjęto próby odzyskania utraconego piękna świątyni. Odzyskano min. wywieziony tryptyk, wzniesiono ołtarz centralny i urządzono muzeum w dawnym skarbcu. Niestety sam skarbiec jest wciąż zaledwie cieniem tego, co znajdowało się tu przed rokiem 1945.

Konstrukcja katedry

Wieża

Zdecydowanie najbardziej widocznym elementem katedry jest jej wieża o dość pospolitym na tych terenach wyglądzie. Jej obecna szata, jak już nadmieniliśmy, to efekt przebudowy z roku 1939 w imię której miała nawiązywać właśnie do masywów zachodnich, stosowanych na Pomorzu. W 1934 roku usunięto neogotycki hełm oraz kondygnację go utrzymującą, pokrywając wieżę czterospadowym dachem. Portal główny o glifowanych ościeżach zwieńczony został prostą wimpergą. Nad nią zaś, w ostrołukowej wnęce umieszczono różycę, wypełnioną maswerkiem. Zamurowane fragmenty fasady pokazują zmiany jakie zaszły w tej części na przestrzeni ostatnich stuleci. Wnętrze kruchty w wieży powleczone jest sklepieniem krzyżowo-żebrowym i to tutaj znajduje się klatka schodowa prowadząca na emporę i dzwonnicę na drugiej kondygnacji.

Umieszczona na osi nawy głównej wieża wprowadza nas do wnętrza korpusu, opartego na tradycyjnym systemie ad quadratum. Stosunkowo niewielka nawa główna składa się z trzech przęseł, powleczonych sklepieniem krzyżowo-żebrowym, wspartym na naprzemiennie ustawionych filarach i kolumnach. Gurty oraz żebra pokryto kolorową polichromią o ornamencie wici roślinnej. Ściany nawy głównej podzielone są na dwie kondygnacje arkadowe: dolna otwiera się na nawy boczne,  górna natomiast ze swymi ostrołukowymi przeźroczami doświetla wnętrze świątyni.

Nawa główna

Prym w nawie głównej z całą pewnością, jako elementy wyposażenia, wiodą XVII-wieczna ambona oraz prospekt organowy z tego samego okresu. Zdająca się lewitować ambona udekorowana została licznymi puttami i przedstawieniami Ewangelistów. Jej znakomity baldachim z figurą Jana Chrzciciela wspierają zaś dwa anioły. Niekwestionowaną perłą jest tu wspomniany prospekt zakończony w 1672 roku. Podkreślić trzeba, że prace nad jego elementami snycerskimi i polichromią trwały jednak 11 lat dłużej. Efekt akustyczny jak i wizualny okazały się być zaskakujące, stąd po dziś dzień instrument jest jedynym z najpiękniejszych w kraju. Kamieńska katedra dzięki niemu znana jest ze znakomitych koncertów organowych.

Nawy boczne

Niejednakowe nawy boczne powstały na planie sześciu przęseł o sklepieniu krzyżowo-żebrowym. Dekoracja wewnętrzna choćby delikatnymi wspornikami z piaskowca nie jest jednak tak efektowna jak ozdoba zewnętrzna nawy południowej. Zaprojektowana na początku XV wieku przez architekta, prawdopodobnie pochodzącego z Braniewa, niejakiego Henryka, stanowi wspaniałą wizytówkę kamieńskiej świątyni. Dekoracja stworzona z oddzielonych od siebie pinaklami, trójkątnych wimperg z rozetkami po środku nadaje zbitej konstrukcji niewątpliwej lekkości. Do wykończenia użyto glazurowanej cegły, która wypełniła owe rozetki oraz lico wimpergi na wzór czołganek, kończąc zdobienia glazurowanym fleuronem tworząc kompozycję doskonałą. W latach 20 XV wieku do nawy południowej dostawiono też kaplicę dla rodu Lepelów. Dziś zdobi ją przywieziony spod Lwowa obraz Chrystusa Konającego.

Transept

Transept świątyni w Kamieniu Pomorskim jest połączeniem koncepcji romańskiej i niejako „kontynuacji” tego założenia już w gotyku. Pozostałością doby romanizmu jest tutaj portal powstały pomiędzy latami 1175 a 1200, najstarszy zresztą na Pomorzu Zachodnim. W przęśle północnym dziś znajduje się jeden z ważniejszych elementów wyposażenia – gotycka chrzcielnica z ostrołukowym ornamentem, zamknięta za barokową kratą. Południowa część transeptu zakończona jest kruchtą, zwaną paradyżem (rajem), czyli przedsionkiem nieba. Przyłączona do budowli w XIII wieku konstrukcja skrywa dziś grupę rzeźb Adoracji Baranka, pochodzących z tego samego okresu. Sama kruchta utraciła swoje znaczenie na rzecz portalu w wieży, stąd wejście do transeptu przez większość dni w roku pozostaje zamknięte.

Kościół św. Katarzyny w Braniewie – Pomnik ku przestrodze.

Zaczarowany ogród

Wirydarz (zwany także zieleńcem) choć świecił triumfy jako sceneria dla kontemplacji pośród ziół i nierzadko egzotycznych roślin, stanowił dotąd wyłącznie integralną część założeń klasztornych. Jego piękno oraz odosobnienie od świata zewnętrznego sprzyjało ascezie i modlitwie, zatem nie dziwi fakt, że i biskup Herman von Gleichen chciał przenieść to ekskluzywne dotąd założenie do kamieńskiej katedry. Ta koncepcja kawałka utraconego raju stała się elementem unikatowym i obecnie jest jedynym takim elementem w kraju.

Kamieńskie viridarium z przełomu XIII i XIV wieku wzniesiono na planie kwadratu ze studzienką, jako nawiązaniem do życiodajnego źródła w jego centrum. Dziś na miejscu studzienki znajduje się kamienna chrzcielnica – domniemana pamiątka chrztu z 1124 roku. Dookoła zaś rozmieszczono krużganki, otwarte na ogród ostrołukowymi przeźroczami w formie ażurowych arkad z maswerkiem. Tak jak we wnętrzu katedry, i tutaj do sklepienia krużganków, użyto systemu krzyżowo-żebrowego. Dekorację obecnego zieleńca stanowią liczne płyty nagrobne, które przed wprowadzeniem instalacji grzewczej we wnętrzu kościoła znajdowały się w posadzce. Należały one do biskupów, kanoników czy książąt pomorskich z dynastii Gryfitów. Domniema się, że na terenie samego zieleńca mogło zostać pochowanych do 200 osób. W XIX wieku, dla ratowania południowej ściany katedry, rozebrano część krużganków na rzecz skarp.

Refleksja

Nawet dziś, setki lat po wprowadzeniu w życie rewolucyjnego planu zieleńca, jego założenie pozostaje niezmienne. Unikatowe miejsce stanowi wspaniałą scenerię dla kontemplacji nie tylko wspaniałego pomysłu architektonicznego, ale także dla zadumy na życiem i przemijaniem. Porównanie tego miejsca do zaczarowanego ogrodu nie będzie tu więc żadnym nadużyciem. Porośnięta bluszczem i paprocią, ostrołukowa galeria w gotyckich murach z czerwonej cegły wraz z niewidoczną nekropolią są niczym portal do innego świata. Świata z przeszłości po którym pozostały tylko wspomnienia i historie w kamieniach zaklęte.

Informacje praktyczne:
  • Zwiedzanie katedry jest darmowe.
  • Zwiedzanie wirydarza to koszt 2 zł za bilet normalny i 1 zł za bilet ulgowy.
  • Zwiedzanie skarbca to koszt 2 zł za bilet normalny i 1 zł za bilet ulgowy.
  • Numer kontaktowy dla rezerwacji wizyty lub otrzymania informacji na temat godzin otwarcia katedry to: +48 888 591 219.

Źródła:

Co warto zobaczyć w Gironie?

Co warto zobaczyć w Gironie?

Girona uwiodła mnie niczym doświadczona nauczycielka nieletniego ucznia w koledżu. Podczas mojej pierwszej wizyty w stolicy Katalonii potwierdziłem tylko to, co wiedziałem już od dawna: Barcelona jest piękna. O dziwo jednak odkrycie Girony i eksplorowanie jej na wskroś, w mrokach bezsennej nocy, przyniosło uczucie nieznanej dotąd ekscytacji. Dobrze, że postanowiłem spędzić tu noc. Źle, że tylko jedną. Był powód żeby wrócić, raz… i drugi… i trzeci też :) Nigdy jakoś nie wytyczyłem sobie jasnego planu, który prowadziłby mnie magicznymi uliczkami Girony. Być może dlatego byłem już tutaj kilka razy, ale klimat tego miejsca sprawia, że chce się tu wracać! Jednak co warto zobaczyć w Gironie, żeby wykorzystać swoją wizytę raz a porządnie? Oto plan, który poleciłbym każdemu, kto chciałby potraktować to miasto nieco łaskawiej niż jako punkt przesiadkowy do Barcelony! :)

Co warto zobaczyć w Barcelonie?

Domy nad rzeką Onyar

Jest takie jedno miejsce w Gironie, które stanowi niewątpliwą wizytówkę miasta i to właśnie od niego wypada zacząć zwiedzanie. Chodzi tu o słynne, pastelowe domy, które zdają się lewitować nad rzeką Onyar (Cases de l’Onyar). Najlepszy widok na kolorowe elewacje odnajdziemy na moście Pont de les Peixateries Velles. Powstała w XX wieku kreacja stanowi pamiątkę po średniowiecznym murze obronnym Girony, zburzonym przez wycofujących się stąd francuzów w 1814 roku. Najbardziej znanym z domów (z możliwością zwiedzania!) jest ten, należący niegdyś do katalońskiego architekta – Rafaela Masó i Valentí (Casa Masó).

Schody i kościół św. Marcina Sacosta

Przechodząc przez wspomniany most, trafimy do jednej z najlepiej zachowanych, średniowiecznych starówek w Hiszpanii. Fortunne położenie Girony na pagórkowatym terenie i zachowany układ dawnych, malowniczych uliczek zachwyci każdego. Dobrym na to przykładem jest zbieg schodów przy romańskim kościele św. Marcina (Sant Martí Sacosta) i barokowym pałacu Agullana (Palacio Agullana). Tworzą one urokliwy zakątek, który między wieloma, stał się miejscem wspaniałych kadrów dla słynnej powieści Patricka Süskinda – Pachnidło w 2007 roku.

Katedra w Gironie

Kierując się na północ, przez średniowieczną dzielnicę żydowską El Call, stanie przed nami bryła górującej nad miastem świątyni. Katedra w Gironie posiada najszerszą, gotycką nawę na świecie, a jej wymiar to aż 22,80 metra! Rozpoczęta w XI wieku budowa trwała siedem kolejnych stuleci, odciskając w jej bryle widoczne piętno. Ukoronowaniem mozolnej pracy wydaje się być monumentalna, barokowo-klasycystyczna fasada oraz barokowe schody. Te skąd inąd przyciągają chyba bardziej niż sama świątynia, stając się wspaniałym tłem dla wielu filmów. W 2015 roku kręcono tu 6 odcinek 6 sezonu Gry o Tron, a poza tym grały też w filmach Mnich z 2011 roku czy Agnozja i wielu innych, rodzimych produkcjach. Oprócz roli gwiazdy, katedra w Gironie skrywa piękny, romański krużganek i nagrobek jednej z najważniejszych postaci w historii Katalonii – Ermesendy z Carcassone. Dodatkowo znajduje się tu  bezcenne dzieło doby romanizmu – Gobelin Stworzenia z XI wieku.

Muzeum sztuki

Zupełnie nieprzypadkowo, tuż obok katedry znajduje się muzeum sztuki (md’A), które na pięciu kondygnacjach prezentuje bogate zbiory od romanizmu po wiek XX. Najcenniejszym eksponatem, jaki posiada muzeum jest Przenośny relikwiarz z klasztoru Sant Pere de Rodes z X wieku. Znajdziemy tu także romańskie kapitele, gotyckie retabla, całą gamę posągów Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus, obrazy Santiago Rusiñola i inne, nieocenionej wartości dzieła.

Bazylika Sant Feliu

Bazylika Sant Feliu w Gironie (La basílica de Sant Feliu), której wieża pręży się zza monumentalnych schodów katedry, to jeden z najwybitniejszych przykładów gotyku katalońskiego. Do X wieku bazylika pełniła funkcję siedziby biskupa, którą utraciła na rzecz obecnej katedry. W jej wnętrzu odnajdziemy kilka wartościowych dzieł, takich jak osiem sarkofagów wczesnochrześcijańskich i pogańskich, relikwiarz św. Narcyza oraz figurę Chrystusa leżącego z XVI wieku. Także i ta budowla charakteryzuje się masywnymi schodami, które chętnie filmowano z kolei w rodzimych produkcjach.

Cul de la Lleona

Tuż nieopodal bazyliki świętego Feliksa (Sant Feliu) znajduje się nieco tajemniczy posąg lwicy zwany Cul de la Lleona. Ustanowiona na kolumnie figura XII-wiecznego zwierzęcia o wykrzywionej głowie i zwiniętym ogonie to symbol miasta. Każdy „pełnoprawny” mieszkaniec lub podróżnik chcący powrócić do tego miejsca musi dotknąć dupki zwierzątka. Opcjonalnie możemy pocałować je w tę część ciałka i właśnie do tej drugiej czynności służą ulokowane przy kolumnie schody. Niestety 23 listopada 2015 roku pewien 75-letni turysta, który chciał dopełnić tradycji spadł ze schodka i umarł… Nie stosujcie więc żadnych wyszukanych technik pocałunku, wystarczy drobny buziak. Kto wie jak to się skończy, a nieżywym trudniej jest chyba podróżować!

Łaźnie arabskie

Mające swoje korzenie w XII wieku, łaźnie arabskie (Els Banys Àrabs) położone są w bliskiej odległości od bazyliki św. Feliksa. Wzorowana na arabskim wzorcu, średniowieczna sauna składała się z czterech pomieszczeń, różniących się od siebie temperaturą. Ewidentnie mieszkańcy Girony chętnie korzystali z tegoż przybytku, gdyż po jego zniszczeniu król Jakub II (Jaime II) nakazał ich odbudowanie, celem dalszego pobierania opłat. Niestety łaźnie pod koniec XIV wieku zostały sprzedane i stały się częścią prywatnego domu. Dziś stoją otworem przed ciekawskimi, więc warto poświęcić pięć minut na tenże przybytek.

Klasztor Sant Pere de Galligants

Leżący kilka kroków od łaźni arabskich, klasztor Sant Pere de Galligants wraz z kaplicą św. Mikołaja tworzą wspaniały akcent katalońskiego romanizmu w Gironie. Nie jest znana dokładna data fundacji klasztoru, ale na pewno istniał on już w X wieku. Szczęśliwie w dzisiejszych czasach udało się znaleźć dla niego przeznaczenie i funkcjonuje on jako siedziba muzeum archeologicznego (Museu d’Arqueologia de Catalunya). Dzięki temu możemy bez przeszkód rozkoszować się licznymi eksponatami w dawnym kościele benedyktyńskim czy podziwiać interesujące kapitele. Najciekawszym z nich jest z pewnością syrena o dwóch ogonach.

Mury miejskie

Nie każde miasto może poszczycić się tak doskonałym punktem widokowym. Wychodząc z klasztoru możemy udać się do schodów północnej części murów miejskich, które jednak oddzielone są od drugiej części, okalającej miasto. Setki lat istnienia Girony, jako miasta granicznego przyczyniły się do nadbudowywania rzymskich murów obronnych w IX wieku, by kontynuować prace aż do wieku XV. Dziś konstrukcja jest najdłuższą tego typu w Europie z czasów Karolingów. Ponad dwukilometrowa trasa dookoła średniowiecznej starówki zapewnia niesamowite wrażenia i pozwala na spokojną kontemplację panoramy miasta. Oprócz kilku wspomnianych wcześniej budowli z murów miejskich przyjrzeć możemy się także jednemu z pierwszych budynków gotyckich w Katalonii – klasztorowi św. Dominika (Sant Domènec), który obecnie jest w posiadaniu uniwersytetu. Drogę do tej części murów odnajdziemy za katedrą.

Klasztor Sant Daniel

Jeśli nie chcecie tak szybko rozstawać się z miastem, warto urządzić sobie krótki spacer w stronę doliny świętego Dominika w zachodniej części miasta. Na zupełnym uboczu stoi niewielkich rozmiarów, romańsko-gotycki klasztor benedyktynek –  jedyny klasztor reguły św. Benedykta w Katalonii. Na pozór nieznaczący i nieco zaniedbany budynek skrywa grób św. Daniela oraz krużganki z XII-XV wieku.

Na pewno na tym nie kończą się atrakcje miasta, ale z pewnością są tymi esencjonalnymi. Poniżej znajduje się mapka z wyznaczonymi wyżej punktami. Miejsca ułożone są w taki sposób, aby jak najszybciej można było do nich trafić. 

Na koniec krótki film promocyjny miasta: Girona emociona ;)

I kilka informacji, które pomogą Wam zaplanować podróż do Girony:

Informacje praktyczne:
  • Katedra NMP w Gironie
    • Godziny otwarcia:
      • lipiec – sierpień 10-19:30
      • listopad – marzec 10-17:30
      • pozostałe miesiące 10-18:30
    • Koszt biletu wstępu:
      • dla osoby dorosłej  7*/10** EUR
      • dla emerytów, rencistów i studentów do 24 roku życia 5*/8** EUR
      • dzieci poniżej 7 roku życia wchodzą za darmo
      • dzieci od 8 do 15 lat, niepełnosprawni i ich opiekuni, grupy szkolne z własnym przewodnikiem wchodzą za 1,20*/3** EUR
      • *-koszt biletu do katedry i bazyliki Sant Feliu; **-koszt biletu Girona Episcopal – katedra, bazylika Sant Feliu oraz muzeum sztuki (oba bilety ważne są 48h)
    • Możliwość robienia zdjęć: Częściowa – istnieje specjalne oznakowanie w miejscach w których zabrania się robienia zdjęć. Niestety obejmują one prawie cały obiekt z wyłączeniem kilku pierwszych przęseł.
  • Bazylika Sant Feliu
    • Godziny otwarcia:
      • cały rok 10-17:30
      • niedziele i święta 13-17:30
  • Łaźnie arabskie
    • Godziny otwarcia:
      • kwiecień-wrzesień 10-19 | w niedzielę i święta 10-14
      • październik-marzec 10-14
    • Koszt biletu wstępu:
      • dla osoby dorosłej  2 EUR
      • dla emerytów, rencistów, studentów i dzieci poniżej 16 roku życia 1 EUR
  • Klasztor Sant Pere de Galligants
    • Godziny otwarcia:
      • czerwiec-wrzesień 10-19 | w niedzielę i święta 10-14
      • październik-maj 10-18 | w niedzielę i święta 10-14
      • w poniedziałki nieczynne
    • Koszt biletu wstępu:
      • dla osoby dorosłej 4,50 EUR
      • dla uprzywilejowanych 3,50 EUR
      • Wizyta w tym muzeum uprawnia też do 50% zniżki w pięciu innych muzeach, możliwych do otrzymania ze specjalnym folderem
  • Więcej info na temat godzin otwarcia i cenniki TUTAJ

Dla ciekawskich: Lista kilku filmów nakręconych w Gironie TUTAJ

Katedra w Palmie – Kwiat w Ogrodzie Ludzkości

Siedemnaście tysięcy duszy poupychanych w ponad stu siedemdziesięciu statkach płynęło teraz w stronę największej z wysp na Balearach. Ze wzburzonej tafli śródziemnomorskich wód, co rusz formowały się niczym falanga, majestatyczne fale, nacierające na królewską flotę. Rozświetlane wrogimi błyskawicami widowisko mogło być tylko znakiem do odwrotu. Bogobojny król Jaume I udał się na dziób swego okrętu, aby tam, w gorącej modlitwie poprosić Matkę Bożą o wstawiennictwo u Najwyższego. Jak mógł się poddać, teraz, kiedy był już tak blisko celu? W zamian za ocalenie życia jego oraz jego towarzyszy obiecać miał budowę katedry ku czci Najświętszej Panienki.

Kwiat w Ogrodzie Ludzkości

Umiejscowiona na przyportowym wzgórzu, masywna sylwetka La Seu wyłania się zza lasu przysadzistych pinakli i skarp. Odarta z pompatycznych detali gotyku, dopełniona blaskiem złocistych promieni słońca i taflą kobaltowej wody, zachwyca niczym róża na pustyni. Nie bez powodu zatem XIX-wieczny, kataloński artysta Santiago Rusiñol i Prats nazwał ją „kwiatem w Ogrodzie Ludzkości”. Niepowtarzalny spektakl zapragnął kontemplować również cesarz Karol V, który przypłynął do Palmy 13 października roku 1541. Trzy wieki później budowla stała się także obiektem dwóch lat wnikliwych studiów dla potrzeb wzniesienia nowojorskiej katedry pw. św. Patryka.

Katedra w Palmie to bez wątpienia ogromne osiągnięcie architektury gotyckiej. Pięć metrów wysokości dzieli ją od osiągnięcia tego, co w Wiekach Średnich, było szczytem ludzkich umiejętności. Pałeczkę pierwszeństwa w kwestii najwyższej nawy utrzymuje katedra w Beauvais, która skąd inąd, po dziś dzień pozostała w sferze niespełnionych fantazji.

Katedra królów i plebsu

Prace nad budową świątyni rozpoczęły się w roku 1230, czyli stosunkowo krótko po zajęciu Majorki przez Jakuba I (Jaume I) 31 grudnia roku 1229. O rozmachu tychże może dowodzić fakt, że już w 1232 roku miała zostać zakończona budowa apsydy (!), a 37 lat później, biskup Pere de Morella poświęcić miał ołtarz główny. Naprawdę jednak katedra w Palmie nie miała wtedy nawet zarysu wielkiej świątyni , którą stała się w przyszłości. Jej doskonale udokumentowana budowa trwała więc trzy wieki i także w tym przypadku wykorzystano klasyczny patent do przyspieszenia konstrukcji: sprzedawano polisy ubezpieczeniowe na życie wieczne i zaciągnięto do pracy kobiety oraz dzieci. Sprowadzane z wielu części wyspy kamienie były obrabiane na miejscu, a opiłki stanowiły idealne wypełnienie dla murów miejskich. Mimo zwartej pracy plebsu i wsparcia korony, odpowiedzialni za ten Dom Boży dzielili nie tylko patenty ale i niestety przeciwności losu, które napotykali na swej ciężkiej drodze budowniczych innych katedr.

Jeszcze za żywota Jakuba II (Jaume II ) trwała pierwsza faza budowy. W swoim testamencie z 1306 roku król wyraził wolę o pochówku w Kaplicy Trójcy Świętej (La capilla de Trinidad), która na mocy dokumentu została zbudowana 8 lat później. Następnie skupiono się na Kaplicy Królewskiej (La capilla Real) oraz nawach bocznych. Konflikt Piotra Aragońskiego IV Ceremonialnego (Pedro IV de Aragón) z Jakubem III (Jaume III) zakłócił postęp prac na ponad 30 lat. Brak wsparcia głównego źródła finansowego pobudził do działania kanoników, którzy w obietnicy żywota wiecznego namawiali do złożenia ofiary. Skutkiem rezolutności duchownych prace ruszyły na nowo w roku 1377, a zebrane fundusze pozwoliły na ukończenie dwóch przęseł nawy głównej oraz Kaplicy Korony (La capilla de Corona). Jeszcze przed końcem wieku wzniesione zostały cztery pierwsze kaplice, które obleczono łękami przyporowymi i skarpami.

Ukończenie prac

Wiek XV to kontynuacja prac nad kolejnymi przęsłami, a także usunięcie resztek starego meczetu na których powstawała katedra w Palmie. Długa lista nazwisk konstruktorów zakończyła się w tym stuleciu na rodzie utalentowanych kamieniarzy – Sagrera, czuwających nad budową świątyni od połowy tego stulecia. Niestety, nawet najbardziej utalentowani kamieniarze nie byli w stanie zapobiec katastrofom budowlanym, które tak często nawiedzały place budów w średniowieczu. Można by rzec, że dopiero albo już w 1490 roku odnotowano pierwszą niespodziankę: zapadło się sklepienie w centralnej części budynku. Niemal sto lat upłynęło, by finalnie 29 lipca 1587 roku umieścić ostatni zwornik znakiem ukończenia prac nad nawami bocznymi i nawą główną. W 1601 roku zakończono dekorację portalu głównego (Portal Mayor), a fasadę od strony pałacu Almudaina, pozostawiono bez dekoracji aż do XIX wieku.

W międzyczasie sklepienia zapadły się jeszcze cztery razy, a trzęsienie ziemi z 15 maja 1851 zniszczyło częściowo prowizoryczny front budynku. Wydarzenie to stało się impulsem do odświeżenia wyglądu kościoła. Realizacja projektu jego odnowy pochłonęła bagatela 640.527,00 peset, czyli jakieś 400 tysięcy euro. We wnętrzu katedry również prowadzono prace, zmieniając głównie układ prezbiterium pod dowództwem Gaudiego.

Zarys sylwetki

Katedra w Palmie jest przedstawicielką gotyku zwanego lewantyńskim lub śródziemnomorskim (Gótico levantino, Gótico mediterráneo), czyli odmianą architektury Wieków Średnich, występującą na terenie Korony Aragonii. Jej konstrukcja silnie nawiązuje do zamysłów francuskich architektów, aczkolwiek można w niej dostrzec również wpływy lombardzkie.

Wzniesiona została na planie pozbawionym jakichkolwiek zakrzywień, a jej nietuzinkowa apsyda zrywa z typowym obrazem katedry. Stosunkowo niespotykaną formę przysłania jednak nieco ciężar całej sylwetki, a kwestia jej pochodzenia mimo wszystko wydaje się być dość interesująca. Jednym z domysłów było przypisanie jej roli dawnego kościoła w tym miejscu, a obecny korpus nawowy miał być tylko jego przedłużeniem na znak megalomańskich zapędów Jamue II. (Podobne kaplice znajdowały się tylko w Toledo i Leonie) Warto również zaznaczyć, że katedra w Palmie pozbawiona jest klasycznego transeptu, tak popularnego w średniowiecznych świątyniach.

Trzy fasady katedry

Fachada del Mirador

Najbardziej widowiskową częścią jest zdecydowanie Fachada del Mirador, czyli fasada południowa. Katedra w Palmie była wizytówką miasta dla przybyszy, którzy niegdyś docierali tu wyłącznie drogą morską. Czynnik ten zmusił budowniczych do wyeksponowania bogactwa oraz rangi miasta właśnie w tej części świątyni. Ponad 118 metrowa ściana uzbrojona została w osiem potężnych łęków przyporowych, zwieńczonych pinaklami. Pomiędzy nimi zaś umieszczono 14 mniejszych skarp, które nie pełnią żadnej funkcji konstrukcyjnej.

Koronacją najbardziej widowiskowej fasady jest oczywiście portal Apostołów, zaprojektowany w roku 1389. Jego wykonanie zawdzięcza się kilku wielkim nazwiskom, a pośród nich znajdują się Jean de Valenciennes, który pracował przy statuach ratusza w Brugii czy Guillem ze wspomnianego wcześniej rodu Sagrera. Już w 1401 roku, zapewne z przyczyn finansowych, rozmontowano rusztowania i tym samym nie ukończono portalu. Pomimo to jeszcze długo po tym udoskonalano jego kamieniarkę, aby nadać jej obecny kształt. To co możemy podziwiać dziś to idealnie skomponowana symfonia najpiękniejszych elementów gotyku:  galeryjka z rzygaczami i powleczonym czołgankami ostrołukiem, zwieńczonym fleuronem wprowadzają nas do przedsionka o sklepieniu krzyżowo-żebrowym. Pod nim zaś wyrasta kolejny kwiaton – dekoracja majestatycznej wimpergi. Nad portalem umieszczono tympanon ze sceną Ostatniej Wieczerzy, w niszach zaś ulokowano wyłącznie pięć figur. Trzydzieści sześć nisz, po dzień dzisiejszy, pozostały niezapełnione.

Fachada de l’Almoina

Po drugiej stronie budynku (od północy) znajduje się tak zwana Fachada de l’Almoina, która stanowi zupełne przeciwieństwo nadmorskiej perły. Jest ona wiele krótsza, bo przerwana przez nieukończoną nigdy wieżę z dzwonnicą i dość… nieatrakcyjna. Do jej wykonania użyto brzydkiego, szarego kamienia, a upływ czasu i jej niefortunne położenie geograficzne sprawiły, że nie było po prostu potrzeby jej ozdabiania. Portal jałmużny (Portal de l’Almoina) zaprojektowałw roku 1498Guillem Sagrera, odpowiedzialny również za Llotję. Jego kamieniarka jest dość prosta – ostrołuk zwieńczono tu kwiatonem, a w miejscu nagiego tympanonu ustawiono XVI-wieczną figurę Matki Boskiej.

Fachada de la Almudaina

Fasada de la Almudaina jest natomiast tworem neogotyckim, który miasto musiało zafundować sobie po trzęsieniu ziemi w 1851 roku. Ta część katedry groziła zawaleniem, więc już rok po tym wydarzeniu rozpoczęto mozolną wycieczkę po odzyskanie ducha i formy gotyku. Nikt nie przypuszczał jednak, że nie uda się pogodzić obu tych rzeczy. Wzorujący się na fasadach katedr w Orleanie oraz w Orvietto, madrycki architekt, Juan Bautista Peyronnet, mocno zaburzył oryginalną strukturę budynku. Nową kreacją zepsuł unikalną zależność między różycami, których ustawienie zostało skrzętnie obmyślane, tak by zatapiać katedrę w świetle słonecznym dwa razy do roku. Prawda jest taka, że sam Peyronet nie był zadowolony z efektu końcowego swojej pracy.

Portal główny w stylu złotniczym (hiszp. Estilo plateresco) poświęcono Najświętszej Marii Pannie i to jej figurę ulokowano w środku tympanonu. Dookoła umieszczono piętnaście symboli oraz inskrypcję w języku łacińskim, która mówi: Nie zrobiono nic podobnego dla żadnego króla (Non est factum tale opus in universis regnis).

Przestronna i surowa

Nie dotarli jeszcze rzeźbiarze? – miał zapytać Napoleon III podczas swej wizyty w katedrze w roku 1865. Porównanie z francuskimi świątyniami wszakże nie ma żadnego sensu, biorąc pod uwagę, że choćby te z Amiens, Reims czy Rouen uginają się pod tonami wymyślnych dekoracji. Katedra w Palmie pozbawiona jest przepychu, a jej czternaście filarów z ledwością dzieli ogromną przestrzeń, którą tworzy wnętrze kościoła. Cała ta surowość przywodzi na myśl Saint Nazaire w Carcassone czy siostrzany kościół Santa Maria del Mar w Barcelonie. Dzięki swej przestronności, na 6600 metrach kwadratowych mogłoby się pomieścić aż 18 000 osób! Ewidentnie Napoleon III oczekiwał czegoś jeszcze bardziej widowiskowego…

Katedra w Palmie oprócz swej przestronności jest jedną z najwyższych, gotyckich katedr na świecie, jeśli brać pod uwagę wysokość naw, a nie wysokość wież czy iglicy. Oto jak wypada w porównaniu z innymi katedrami:

Nawa główna:

  1. Beauvais 48,20 m
  2. Mediolan 44,02 m
  3. Palma 43,14 m
  4. Kolonia 43,60 m
  5. Amiens 42,30 m

Nawa boczna:

  1. Palma 30,17 m
  2. Mediolan 29 m
  3. Bolonia 25 m
  4. Salamanka 23,65 m
  5. Beauvais 21,20 m

Katedra światła

Brak rzeźb uzupełniony miał zostać poprzez skąpanie świątyni światłem, według koncepcji opata Sugeriusza z Saint Denis. Osiągnięcie zamierzonego efektu zapewnić miało 87 przeźroczy z których aż 30 zostało przysłoniętych przez ogromne, barokowe ołtarze i 7 rozet. Jedna z nich nie bez powodu została nazwana wielkim okiem gotyku, bowiem ulokowana na wysokości 32 metrów ma aż 11,15 metrów średnicy wewnętrznej i 12,55 metrów łącznie z jej pierścieniem! Wymiary te czynią ją więc największą z gotyckich rozet na świecie, a więc katedra w Palmie słusznie określana jest mianem katedry światła.

236 kolorowych płytek, zdobiących wielkie oko gotyku zdobi dwadzieścia cztery trójkąty z których dwanaście tworzy gwiazdę Dawida. Dwa razy w roku – w święto św. Marcina 11 listopada oraz w dzień Naszej Pani de la Candelaria 2 lutego, w świątyni dochodzi do widowiskowego fenomenu: Wschodzące słońce przepuszcza przez wielkie oko mocną wiązkę światła, która rzuca dokładnie odwzorowany jej cień pod rozetą z fasady de la Almudaina. Nie znający tego zjawiska architekt w XIX wieku zakłócił spektakl, który oferowały również dwa mniejsze witraże.

Dzieła odważne

Antonio Gaudí

Samo wnętrze katedry w Palmie zmieniało się wraz z upływem czasu i pod wpływem kolejnych epok. Ewidentnie jednak zabrakło tutaj czynnika, który trzymałby w ryzach wodzę fantazji kolejnych architektów. Już wątpliwej jakości dzieło Peyroneta mogło być nauczką, ale nie! Można było zepsuć więcej rzeczy.

Niejaki Antonio Gaudí wraz ze swymi pomocnikami zrobił tu, co tu dużo pisać, totalną rozpierduchę! Pomijając pomniejsze zasługi na rzecz katedry, w prezbiterium architekt ów umieścił ogromną piniatę, która bardziej przypomina pochłaniacz snów niż godną tego miejsca ozdobę! Jego reformy w świątyni ocenione zostały przez autora książki* jako „trudne do wyjaśnienia ze względu na swój destruktywny i często kapryśny charakter”. Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Świetnym przykładem na jej poparcie jest fakt powstania trybun na które złożył się miks z części rozłupanego na kawałki barokowego ołtarza, renesansowego chóru i gotyckiego corredor dels ciris (bogato zdobionego, drewnianego korytarzyka, biegnącego dookoła Kaplicy Królewskiej, na którym stawiano świece).

Zainteresowany zwykł mawiać „Nie ma powodów, by nie spróbować czegoś nowego, tylko dlatego że nikt wcześniej tego nie próbował.” Wygląda na to, że katedrę w Palmie potraktował jako swego rodzaju poligon doświadczalny i chwalić należy dzień w którym odmówiono mu renowacji fasady katedry w Barcelonie. Zbrodnia z racji geniuszu uszła mu oczywiście na sucho. Jako prekursor modernizmu jest obłędny, ale widocznie nie można być dobrym we wszystkim.

Miguel Barceló

Jak pięść do nosa pasuje tu także dzieło Miguela Barceló z kaplicy del Santísimo. Wyobraźnią należy sięgać, tam gdzie wzrok nie sięga, ale to co zrobił ten hiszpański ekspresjonista woła o pomstę do nieba! Najdziwniejszy jest fakt, że jego projekt pochodzi z początku XXI wieku i ktoś świadomy zgodził się na jego wykonanie, mimo wszystko. Oczywiście w dalszym ciągu budzi on sprzeciw i polemikę nie tylko samych mieszkańców Palmy. Osobliwa dekoracja przedstawia… owoce morza oraz owce ziemi, po prostu. Problemem jest jednak, że ciężko dostrzec jakikolwiek przejaw sztuki w tej rozciapkanej po ścianach masie. Korzystając z instalacji tego tworu usunięto chatę, która znajdowała się pomiędzy filarami kościelnymi. W XVIII wieku wykupiła ją od kanoników pewna kobieta, która zapragnęła żyć w odosobnieniu od świata. Pomimo wielkiej wartości obiektu, zniszczono go bez mrugnięcia okiem.

Katedra w Palmie i jej wyposażenie

Dzięki wielkiej przestrzeni wyposażenie katedry wydawałoby się być dość skromne. Nic jednak bardziej mylnego, bowiem katedra w Palmie, pomimo kilku łobuzerskich architektów, wciąż ma się czym pochwalić. Nawet jeśli w większości to nowy gotyk lub inne, nie tak odległe naszym czasom epoki! Na szczególną uwagę zasługuje, zaczynając od prezbiterium, renesansowa ambona dłuta Juana de Salas z motywami Maryjnymi. Szczęśliwie Antonio nie przeznaczył dźwiganej przez lwy rzeźby na żyletki i przeniósł ją z dawnego chóru w obecne miejsce. Zapewne każdy zatrzyma się tu, by kontemplować także wątpliwej wartości nieukończone dzieło Gaudiego. Podobny żelaznemu kandelabrowi z katedry w Hildesheim, baldachim z Palmy, jest elementem wykonanym z papieru i drewna. Czy można mieć do tego jakieś pytania? Z powodu śmierci mistrza w 1926 roku baldachim pozostał w sferze modelu… od 14 lat.

Wyjątkowe są  na pewno gotycko-renesansowe stalle, katedra biskupia z XIV wieku czy ołtarz główny z alabastru i marmuru. Ponadto warto tez przyjrzeć się predelli z gotyckiego ołtarza głównego, który nie pełni tej funkcji od 1728 roku. Dziś lewituje on radośnie nad głowami turystów w południowej nawie boczne. Spośród brakujących w nim figur, w tej świątyni odnaleźć można najważniejszą z nich – figurę Naszej Pani z XIV wieku. Zupełnie nieopodal znajduje się także niesamowita rzeźba Grupy Zaśnięcia Dziewicy z XV wieku, uzupełnionej XVIII-wiecznymi rzeźbami aniołów. Nie mniejsze wrażenie robi też ogromny ołtarz Corpus Christi z 1641 roku ze sceną Ostatniej Wieczerzy. Wisienką na torcie zaś jest Sacristia de Vermelles w której zlokalizowano Muzeum sztuki średniowiecznej!

Czy widok tej katedry, w kolorze przypieczonego tosta, może konkurować z jakimkolwiek innym widokiem? Pomimo tak wielu pomyłek, które przytrafiły się architektom ubiegłych wieków, trudno nie docenić kunsztu i oryginalnego zamysłu. Choć w latach 70 XX wieku katedra w Palmie została raz na zawsze odłączona od morza, wciąż możemy kontemplować widok, który podziwiał tu cesarz Karol V.

Informacje praktyczne:
  • Zwiedzanie katedry to koszt 7 EUR dla osoby dorosłej. Dzieci i niepełnosprawni wchodzą za darmo.
  • Godziny otwarcia katedry:
    • 1 kwietnia – 31 maja / październik 10-17:15
    • 1 czerwca – 30 września – 10-18:15
    • 2 listopada – 31 marca 10-15:15
    • soboty 10-14:15
    • 1 marca – Dzień Balearów – wstęp wolny
    • W niedzielę i święta katedra w Palmie jest zamknięta.
    • Więcej informacji na temat otwarcia TUTAJ.

  • Źródła:

    • Catedral de Mallorca – Baltasar Coll Tomás, Palma de Mallorca; 1977
    • Catedrales – 6a edición – Miguel Sobrino, Madrid; wyd. La Esfera de los Libros; 2014*

    Tutaj obejrzeć można wygląd katedry w kolejnych fazach budowy. Dodatkowo strona zawiera szczegółowe opisy wyposażenia w języku katalońskim oraz hiszpańskim:

Tajemnice gotyckich katedr: Światło

Tajemnice gotyckich katedr: Światło

„Każdy, kto posiada w sobie choć odrobinę wrażliwości na piękno, będzie w stanie dostrzec w katedrze coś więcej niż tylko stertę spojonych kamieni.”

Zrozumienie średniowiecznej sztuki w dzisiejszych czasach nie jest łatwym zadaniem. W końcu przekaz, który emituje miał być zapewne ponadczasowy, ale tworzony był on głównie z myślą o świecie ówczesnym. Niezależnie od próby sposobu percepcji tamtego świata wystąpi problem, którego nie da się w żaden sposób rozwiązać. Nie będzie to co prawda nasza wyobraźnia, a religia chrześcijańska sama w sobie. Stosunek do jej roli w życiu człowieka jest już zupełnie inny niż pięć czy dziesięć wieków temu, stąd nigdy nie będziemy w stanie idealnie wstrzelić się w średniowieczne realia. Jak zatem poradzić sobie ze zrozumieniem przekazu gotyckiej katedry, będącej przecież sztuką samą w sobie? Jak proponował to austriacki historyk sztuki Hans Sedlmayr:

„Spójrzmy na katedrę oczami jej konstruktorów, oczami Sugeriusza* i jego architektów”.

Skupmy się tym razem na roli światła w gotyckiej świątyni, rzeczy ze wszech miar istotnej i cechującej katedry tamtego okresu. Postarajmy się zrozumieć, to co było niemalże kwestią oczywistą dla ludzi wykształconych tamtej epoki. Dziś zdaje się nikt już chyba nie przywiązuje do niej większej uwagi.

*Opat Sugeriusz z Saint Denis pod Paryżem uważany jest za prekursora gotyku.

Skąpane w świetle, muśnięte kolorami tęczy

Ociężałość surowych i ciemnych przestrzeni, jakie zwykły definiować budowle epoki romanizmu stały się impulsem do powstania nowego stylu w architekturze – gotyku. Targany wizją apokalipsy u progu Wieków Ciemnych, średniowieczny świat, nareszcie mógł odetchnąć z ulgą i podziękować Bogu za ocalenie. Wszechobecna radość przybliżyła ludzi do Stwórcy, stawiając Go w centrum zainteresowania. W ramach szukania namacalnego kontaktu z Nim, francuscy intelektualiści zanurzyli się w dorobku krucjat i rekonkwisty, przenosząc przemyślenia Platona na ówczesny grunt z niezwykłą starannością. Doskonałym podsumowaniem tych poszukiwań są słowa wielkiego myśliciela starożytności – Pseudo-Dionizego Areopagity: Bóg jest światłością.

Niczym balsam dla duszy światło słoneczne stało się jedynym, czytelnym dowodem na istnienie Boga. Skąpane w nim, muśnięte kolorami tęczy wnętrza zagościły w odważnych marzeniach biskupów z XII stulecia, jawiąc się jako manifest odrodzenia – nowej epoki, epoki światła. Konstruktorzy stanęli zatem przed wyzwaniem przechwycenia go i zamknięcia w kamieniu, przeplatanym taflami szkła. Witraże oraz piękne rozety od tego momentu zaczęły uzupełniać przekaz teologiczny polichromowanych, kamiennych elementów dekoracyjnych, które witały wiernych już przy portalach, tworząc przyjemną spójność.

Cicha wojna autorytetów

Rolę światła w katedrze gotyckiej można było opisać na setki sposobów. Kiedy zaczęto identyfikować już światło z Chrystusem nieoczekiwanie pojawił się problem natury delikatnej. Była to niewątpliwie siła stwórcza świata i pod jej postacią jawił się Najwyższy, ale… przecież On był człowiekiem! Z krwi i kości. Odpowiedzią na tę kwestię była właśnie gotycka katedra – to ona symbolizować miała jego człowieczeństwo. Dualizm koncepcji światła stał się kolejnym wyzwaniem dla średniowiecznych konstruktorów, bo to na ich barkach bowiem spoczęła odpowiedzialność za kontynuowanie dzieła Bożego! To oni mieli wydobyć z Jego najwspanialszej istoty piękno, nadając mu formę.

Kiedy udało się już wytłumaczyć tę niekonsekwencję pojawiła się kolejna: kwestia koloru światła Bożego, które według neapolitańczyków wyrażało to, co Boskie.. Starano się oświetlić świątynię w taki sposób, by witraże mogły filtrować jak największą ilość światła. Powierzchnia barwionych szkieł koncentrowała zatem w jednym miejscu blask samego Stwórcy, przepuszczając go już jednak w zmienionej formie do wnętrza obiektu. Starania te idealnie obrazuje katedra w Metzu we Francji.

Cały ten huraoptymizm i fajerwerki nie spodobały się jednak Bernardowi z Clairvaux – najbardziej wpływowemu człowiekowi kościoła dwunastego stulecia. Co prawda, opat Sugeriusz cieszył się poparciem króla, ale to Bernard miał za sobą papieża. Teza, że kolor jest częścią światła wcale go nie przekonała, ani trochę! Uważał, że to białe światło jest jedynym znakiem Bożym i swojej tezy się trzymał. Trudno wszak zrozumieć, jak w obliczu stanowczego sprzeciwu cysterskiego opata, kolorowe światło wkrótce poczęło świecić triumfy w prawie osiemdziesięciu katedrach i niezliczonej liczbie kościołów opackich etc.

Jest jeszcze jedna kwestia o której należałoby wspomnieć. Dzięki bardzo dobrym kontaktom z dworem królewskim, opat Sugeriusz z Saint Denis mógł dowolnie formułować swoje rewolucyjne twierdzenia. Wkrótce też znaczenie materialne, jakie osiągnęła istota światła odnosiło się nie tylko do kolorowych witraży, które ją filtrowały, ale i do kolorowych i obrzydliwie drogich kamieni szlachetnych. Koniec końców ewidentnie i ta kwestia stała się drugorzędna w oczach Bernarda.

Klasyfikacja kolorów według Arystotelesa

Kiedy już rozwiązała się kwestia pod tytułem jakie światło przedstawia Boga, rozpoczęła się praca nad obróbką znanego od starożytności materiału: szkła. Dobór odpowiednich kolorów, jak i sama technika wytwarzania witraży ewoluowały wraz z budową gotyckich molochów. Początkowo, w XII wieku, bardziej transparentne niż kolorowe witraże przepuszczały solidną wiązkę światła. Do naszych czasów zachowało się ich niewiele, jednak struktura tych szkieł pozostała nienaruszona. Prawdziwy rozkwit tej techniki nastąpił już w następnym stuleciu, kiedy do użycia weszły bardziej nasycone barwy, zaciemniając jednocześnie wnętrze świątyni.

Charakterystyczne było wtedy stosowanie czerwieni i tzw. niebieskiego z Chartres, a dalsze eksploracje z tlenkami metali zaowocowały zastosowaniem kolejnych barw: złotego, żółtego i zielonego. Określona paleta nie była, rzecz jasna, kwestią przypadku. Podporządkowana została ona klasyfikacji, którą zaproponował w swoim czasie Arystoteles, a według niej istniało sześć kolorów podstawowych: biały, czarny, niebieski, zielony, żółty oraz czerwony. Z rzadka modyfikowano tę listę dodając jeszcze kolor fioletowy. Barwy te miały oczywiście przypisane  określone znaczenie i tak oto czerwony symbolizował przemoc czy władzę, zielony – chaos, żółty – herezję, a niebieski, uważany za najpiękniejszy i najcieplejszy ze wszystkich kolorów, symbolizował spokój.

Techniczne tajemnice gotyckich katedr

Zapoczątkowana z powstaniem bazyliki w Saint Denis pod Paryżem, era światła wniosła do architektury szereg innowacyjnych rozwiązań, które pozwoliły na spełnienie marzeń czy raczej kaprysów ówczesnych biskupów.

Ostrołuk stał się głównym elementem, który umożliwił budowanie strzelistych i jasnych pomieszczeń. Siły ukośne działające tu przenosiły obciążenie w dół, a nie na boki jak w przypadku łuków półokrągłych, charakterystycznych dla epoki romańskiej. Naprężenia na szczycie filarów objawiają się dziś poprzez liczne pęknięcia i szczeliny. Nieprecyzyjność średniowiecznych architektów oraz powszechny pęd ku niebu przynoszą także ruchy filarów do środka u dołu i ruchy od środka u góry, oddziałując na klińce z sąsiednich łuków.

Aby wpuścić do świątyni więcej światła nie wystarczyło jednak przeprucie ściany otworami okiennymi i zastosowaniem wspaniałego ostrołuku, bo jak możemy przypuszczać, budowla zawaliłaby się jeszcze przed powstaniem. Głównym czynnikiem, wymagającym poprawy była siła rozporu, która pod ciężarem sklepienia wypchnęłaby ściany budowli na zewnątrz. Zastosowanie znanego już ostołuku oraz wszelkich form sklepień krzyżowych znalazło oparcie w systemie przyporowym stworzonym z tak zwanych łęków przyporowych. Ustanowiony na odpowiedniej wysokości zapewniał możliwość wznoszenia wyższych i smuklejszych obiektów w których coraz śmielej redukowano powierzchnię ścian.

W budowie „kapsuły”, która skupiłaby najczystsze światło pomóc miało zastosowanie znanego już od dawna sklepienia żebrowego. Przecinające się żebra dwóch łuków ostrych są w stanie przenieść ciężar sklepienia na filary, uwalniając je tym samym od pełnienia funkcji podporowej. Skupione na żebrach siły, umożliwiły zatem wypełnienie przestrzeni taflami szkła. Uważana za sztuczkę budowlaną konstrukcja pomogła w utworzeniu sklepienia chóru i przylegającego do niego wieńca kaplic. Całość wkrótce zalała niespotykana w kościołach romańskich fala światła.

Falę tę modyfikowano w miarę możliwości, tak by konstrukcja skupiała go jak najwięcej, a jednocześnie nie zawaliła się. W szczytowej formie średniowiecznego stylu wprowadzono do wnętrza clerestoria, które zajmowały 1/3 wysokości wnętrza. Wraz z nadejściem gotyku Rayonnant proporcja ta uległa zmianie do 2/3.

Uzyskanie efektu szklanej szkatuły, który dawać miały kolorowe tafle, zapewniło także zastosowanie wiedzy o astronomii i przede wszystkim o cyklu słonecznym. Najważniejszą kwestią było jednak zwrócenie ku wschodzącemu słońcu prezbiterium (orientowanie), gdzie Sugeriusz doradzał  oszklenie jak największej jego powierzchni. Dobrym przykładem na owe wskazówki jest katedra w Palmie na Majorce, gdzie dwa razy do roku można podziwiać piękny spektakl świateł o poranku.

Ewidentnie nie jest łatwo spojrzeć na katedrę oczami jej konstruktorów z uwagi na wiele czynników. Choćby ze względu na to, że wiele oryginalnych założeń zostało przez kolejne wieki swego istnienia po prostu zniszczonych. Warto jednak podjąć próbę zrozumienia istoty tak prozaicznej w zasadzie rzeczy, jaką jest światło i kontemplować jego przekaz.

Źródła:

  • Style w architekturze – Wilfried Koch; wyd. Świat Książki; 2013
  • Historia powszechna średniowiecza – Benedykt Zientara; wyd. Trio; 2015
  • El Gótico: Arquitectura, Escultura, Pintura – Rolf Toman; wyd. Ullmann; 2012

Gotyk w Barcelonie

Gotyk w Barcelonie

Gdybyśmy tak mieli typować styl architektoniczny z którym kojarzy się Barcelona? Który by to był? Zapewne większość z nas wybrałaby modernizm (kataloński). Nic w tym dziwnego, bowiem dominująca nad miastem Sagrada Familia to wspaniały przykład tego nurtu, a także wizytówka stolicy Katalonii. La Pedrera czy Casa Batlló tylko podkreślają jego silny akcent. Skąd inąd miałoby to sens, biorąc pod uwagę wielką rozbudowę z przełomu XIX i XX wieku w myśl której powstało wiele niesamowitych obiektów właśnie w tym nurcie.

Gotyk w Barcelonie

Wiedzieć należy jednak, że to wcale nie modernizm (kataloński) miał być stylem z którym kojarzyłaby się w przyszłości Barcelona. Powrót do romantycznych korzeni w świecie artystycznym sprawił, że jedyną i prawdziwą wizytówką miał być gotyk (kataloński, rzecz jasna). Nie bez znaczenia była też przybierająca na sile fala niepodległości Katalończyków, chcących również poprzez architekturę wyrazić swą odrębność. Oczyszczona z wpływów innych nurtów Dzielnica Katedry zmieniła więc swą nazwę, by potwierdzić gotyckość miejsca, które przed wiekami wcale nie wyglądało tak jak teraz! Barrí Gótic stało się więc nie tylko symbolem, ale i parkiem tematycznym w którym zamknięto ducha nacjonalizmu.

Więcej o procesie regotyzacji TUTAJ.

Ruch regotyzacji miał także na celu sprowadzenie do miasta większej liczby turystów, acz przewodniki ledwo naznaczają, że taki fakt miał miejsce. Dziś zabytki średniowiecza w mieście wielkości Barcelony nikną między nieskończoną ilością innych atrakcji. Nie da się wszakże poświęcić jednakowej uwagi wszystkim przybytkom, jednak te wiekowe budowle to nie tylko piękno architektury. To również pasjonujące historie, które rozbudzają wyobraźnię i wpływają na nieco inne ich postrzeganie. Zrezygnujmy więc tym razem z typowej trasy i wybierzmy się w krótką podróż do miejsc charakterystycznych w panoramie Barcelony. Nie tej dzisiejszej, ale tej średniowiecznej!

Katedra św. Eulalii 

Katedra w Barcelonie pod wezwaniem świętego Krzyża oraz świętej Eulalii (Catedral de la Santa Creu i Santa Eulàlia) jest sztandarowym przykładem gotyku katalońskiego, co czyni ją także najważniejszą budowlą gotycką w Barcelonie. Prace nad świątynią ruszyły 1 maja 1298 roku i trwały praktycznie aż do roku 1430. Dopiero w połowie XIX wieku powstał projekt regotyzacji, dzięki któremu dość brzydka fasada nabrała znanych nam dziś kształtów. Stworzeniem nowej szaty zajął się Josep Oriol Mestres, ale mało kto wie, że także Antoni Gaudí przedstawił własną koncepcję. Ewidentnie monumentalna latarnia i nakłady finansowe, jakie wiązałyby się z jej wzniesieniem, nie przypadły do gustu mecenasowi przedsięwzięcia. Chociaż podobno ów mecenas, Manuel Girona, odnalazł jaskinię wypełnioną złotem, więc teoretycznie koszta nie powinny grać tu większej roli.

Wiecie dlaczego katedralny dziedziniec zamieszkuje 13 gęsi? Legenda głosi, że symbolizują one wiek męczennicy Eulalii, której historię wspominaliśmy TUTAJ. Dopóki gęsi zamieszkują dziedziniec, Barcelona nie zginie. Gęsi jak gęsi, ale czy ktoś wie o kotach? Pewna szlachcianka po swojej śmierci zobligowała kanoników do karmienia wszystkich bezdomnych kotów. Przeznaczyła na ten cel całą swą fortunę, a wszystko dlatego, że będąc małym dzieckiem pewien kociak uratował ją przed krwiożerczym szczurem! Do początków XX wieku katedralny dziedziniec był gościńcem z którego przepędzano czworonogi tuż po karmieniu. Dzięki temu zwyczajowi w Barcelonie utarło się nawet powiedzonko Son tantos como los gatos de la catedral (Jest ich tylu, co kotów w katedrze).

Innym ciekawym faktem jest to, że w baptysterium odnaleźć można kamienną płytę, która upamiętnia chrzest sześciu przybyszy z Nowego Lądu w 1493 roku. Prawda czy nie, mieli oni zostać ochrzczeni w obecności króla Ferdynanda, przebywającego akurat w podbarcelońskim klasztorze San Jeroni de la Murtra. Leczył się tam po incydencie, który o mały włos nie zmienił losów nie tylko samej Hiszpanii, ale i świata!

Santa Maria del Mar 

Bazylika Santa Maria del Mar (Basílica de Santa María del Mar) to bodaj jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli w panoramie Barcelony. Wszystko to za sprawą wzruszającej powieści Ildefonso Falconesa „Katedra w Barcelonie”, dzięki której określa się ją mylnie katedrą. Jej budowę rozpoczęto w roku 1329, a wykonaniem planu, oraz w pewnym sensie finansowaniem zajęli się zwykli ludzie. Nieocenioną pomocą okazali się być bastaixos, którzy przenosili na własnych barkach kamienie z oddalonej około czterech kilometrów, góry Montjuïc. Pracami budowlanymi kierował Berenguer de Montagut, znany również z prac nad katedrą w Palmie, na Majorce. Po 55 latach budowa została ukończona, aczkolwiek jeszcze w 1496 roku pracowano nad jedną z wież. Druga powstała dopiero w 1902 roku.

Położenie kościoła Santa Maria del Mar jest kwestią dość interesującą. Już sama nazwa wskazuje na bliskość morza i rzeczywiście – kościół był jednym z trzech pierwszych przybytków, które witały statki przybywające do Barcelony. Poprzedzał ją widok Lonjy i szubienicy… Nazwa poprzedniego kościoła w tym miejscu związana była natomiast z piaskiem Santa Maria de las Arenas. Ciekawszą jednak kwestią jest, że Santa Maria del Mar była miejscem spotkań ludzi dwóch światów: obrzydliwie bogatych i skrajnych nędzników. Otóż za kościołem biegnie ulica Montcada, która w średniowieczu zamieszkiwana była przez kupców i inne ważne osobistości, zaś przy ulicy Malcuinant zakonnicy karmili biedaków, żyjących przy murach miejskich. Wspomnieć warto, że nazwa tej ulicy pochodzi od nazwy jedzenia, które im serwowano – zupy z resztek wszystkiego.

Więcej o Santa Maria del Mar TUTAJ.

Santa Maria del Pi 

Kościół Santa María del Pí to kolejny, piękny przykład średniowiecznej architektury w Barcelonie, ale jego historia sięga aż roku 413!  Tak jak katedra, Santa Maria del Mar oraz bazylika świętych Justa i Postora stała się wyrazem potęgi Korony Aragonii, która na początku XIV wieku była w szczytowej formie ekonomicznej. Pozwoliło to oczywiście na przebudowę wszystkich przybytków w panującym ówcześnie stylu. Charakteryzujący się piękną różycą kościół ucierpiał w swej historii niejednokrotnie, a wydarzenia z 20 czerwca 1936 roku postawiły jego istnienie pod znakiem zapytania. Potrzeba było ogromnego nakładu pracy, by przywrócić go do stanu sprzed wieków.

Nie jest to oczywiste, ale spacerując po barcelońskiej starówce zawsze spacerujemy po ludzkich szczątkach. Dotyczy to również placu Sant Josep Oriol w otoczeniu kościoła, który do 1820 roku okupowała parafialna nekropolia. Plac zaś poświęcony został Józefowi Oriolowi – katalońskiemu kanonikowi, który związany był z kościołem Santa Maria del Pi. Podobno władał nadprzyrodzoną mocą uzdrawiania niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie. W samym kościele próżno szukać oryginalnego wyposażenia – nawet najstarsze witraże datowane są dopiero na wiek XVIII. Niemniej jednak obecna forma kościoła wygląda tak idealnie, jakby nigdy nie ugięła się pod ciężarem pyłu wojennego.

Bazylika Sant Just i Pastor 

Bazylika świętych Justa i Pastora (Basílica dels Sants Màrtirs Just i Pastor) w powiedzmy sobie, obecnej formie, była ostatnią, wspaniałą budowlą reprezentującą gotyk w Barcelonie. Rozpoczęte na początku lutego 1342 roku prace ciągnęły się jeszcze przez kolejne dwa wieki. Budowa kościoła idealnie odzwierciedla problemy ówczesnego świata – z jednej strony Korona Aragonii popadała w coraz głębszy kryzys finansowy, z drugiej zaś epidemia dżumy dziesiątkowała mieszkańców miasta. Biorąc pod uwagę, że priorytetowym było też ukończenie murów obronnych, kościół nie otrzymywał dotacji, które pozwoliłyby na jego szybkie ukończenie.

Pomimo swego niepozornego wyglądu bazylika ta kryje wiele niespodzianek. Powstała na terenie dawnego amfiteatru rzymskiego, przez co stała się świetną pożywką dla archeologów. Oprócz rzymskich artefaktów pod posadzką odnaleziono confessio, a także VI-wieczną chrzcielnicę. Ponadto odkryto prawie 15-metrową galerię i około 120 szkieletów ofiar czarnej śmierci z XIV wieku. Ciekawe jest nie tylko to, co skrywa na dole, ale także to, co pokazuje na górze. Renesansowa dzwonnica to chyba najpiękniejszy punkt widokowy miasta. Otoczona trzema imponującymi świątyniami bazylika Sant Just i Pastor ma zdecydowanie najlepszy widok na barcelońską starówkę! Zachody słońca w takim otoczeniu to sama przyjemność.

Kościół Santa Ana 

Kościół Santa Ana w Barcelonie dzieli niejako swój los z bazyliką Sant Just i Pastor. Obie budowle znajdują się w centrum i obie pozostają w jawnym ukryciu. Przysłonięte puzzlami kamieniczek w krętych uliczkach stają się prawie tak niedostępne jak plac Sant Felip Neri. Wszak są one na wyciągnięcie ręki! Kościół św. Anny położony jest pomiędzy najbardziej ruchliwymi miejscami w Barcelonie – Ramblą i Avinguda de Portal de l’Àngel.

Założona przez Zakon Rycerski Grobu Bożego w Jerozolimie w 1141 roku świątynia  jest dziś niczym oaza spokoju w wielkomiejskiej dżungli i być może właśnie ten czynnik stanowi o jej atrakcyjności. Nie ma chyba w Barcelonie drugiego tak wyludnionego miejsca w samym centrum. Pełniący także funkcję sali koncertowej kościół świętej Anny ukrywa w swym wnętrzu piękny, XV-wieczny krużganek. Warto wspomnieć, że w XIV wieku w miejscu obecnego Placu Katalońskiego (Plaza Catalunya) istniał ogromny budynek nowicjatu, który zburzono, aby móc opleść miasto kolejnym wieńcem murów miejskich w tym właśnie miejscu.

Klasztor Pedralbes

Położony dawniej, daleko poza murami miejskimi Barcelony klasztor Pedralbes (El Reial monestir de Santa Maria de Pedralbes) dziś stanowi oazę podobną tej z kościoła świętej Anny. Być może odległość od centrum nie czyni go już tak atrakcyjnym, za to w średniowieczu miejsce to wybrane zostało z głębokim namysłem: bliskość do Kortezów Katalońskich oraz do zamieszkałych z dala od zgiełku obszarów miasta okazały się być kluczowe dla fundatorki. Była nią królowa Elisenda de Montcada, żona króla Jaime II, która w 1327 roku tym jakże szlachetnym gestem chciała odkupić grzechy swoje i swojej rodziny. Nazwa Pedralbes pochodzi od jasnego kruszcu (Petras Albes – białe kamienie) u podnóża góry Sant Pere Mártir z którego wzniesiono budowlę.

Okres prosperity klasztoru trwał tylko, a może i aż dwa wieki przy czym jego agonia była długa i bolesna. Kilka nieszczęść, kradzieży i pioruny w XIX wieku położyły kres upadkowi średniowiecznego przybytku. Ruch historyzmu w architekturze i nacjonalizm kataloński zapoczątkowały rozpaczliwą resuscytację. Prace pod dowództwem architekta Joana Martorell wstrzymano tak szybko, jak szybko zdecydowano się powziąć kroki jego odnowienia. Brak środków na tak szerokie prace postawił istnienie klasztoru pod znakiem zapytania, a jednak udało się! Przekraczając dziś mury klasztorne nawet przez myśl nie przejdzie nam jak okrutnie los potraktował to miejsce. Mimo wszystko, iluzja przenosi nas nieświadomie do XIV-wiecznej Katalonii.

Klasztor Sant Pau del Camp 

Klasztor Sant Pau del Camp (Monastir Sant Pau del Camp) jest przykładem architektury romańskiej w Barcelonie. Pomimo tego, że jego korzenie sięgają przed rok 911 kolejna epoka odcisnęła na nim widoczne piętno, stąd jak najbardziej można zaliczyć go do obiektów na ścieżce gotyckiej. Dzięki temu stylowi architektonicznemu możemy podziwiać tutaj mały, aczkolwiek niezwykle uroczy krużganek czy szereg innych rozwiązań wprowadzonych z nowym stylem. Historia tego miejsca  z kolei już chyba bardziej poplątana być nie mogła. Klasztor grabino, palono, odbudowywano, przechodził z rąk do rąk, służył za… wszystko, by finalnie dopiero w ostatnich latach XIX wieku powrócić do swojej prawdziwej funkcji. Ciekawym jest fakt, że był on niejednokrotnie ofiarą powodzi, a ostatnia potyczka z żywiołem miała miejsce 21 sierpnia 1981 roku, kiedy klasztor został zalany na wysokość dwóch metrów!

Sant Pau del Camp stał przez długi okres daleko poza murami miejskimi Barcelony, a swoje powstanie zapewnia magicznej prezencji świętych Piotra i Pawła przed zbrodniczym gubernatorem Barcelony – Guifré Bell·lloc. Rozrastająca się stolica Katalonii w XIV wieku wchłonęła klasztor, a nazwa dzielnicy El Raval w której się znajdował pochodzi właśnie od niego (arab. rabad – coś za murami). W XVIII wieku, podczas procesu industrializacji, pączkujące jak parzydełkowce fabryki w mig zaludniły dziewiczy, przyklasztorny teren. Tak oto El Raval stał się najbardziej zagraconą dzielnią Europy, a przy Sant Pau del Camp wybudowano najsłynniejszą w epoce fabrykę España Industrial. Dziś to już nie to samo miejsce – chyba tylko takimi słowami można opisać obecne otoczenie Sant Pau del Camp.

Więcej o klasztorze TUTAJ.

Klasztor Sant Jeroni de la Murtra

Skoro już wspomnieliśmy klasztor Sant Jeroni de la Murtra (Monestir Sant Jeroni de la Murtra) przy okazji barcelońskiej katedry, to warto zatrzymać się i przy nim na chwilę. Klasztor ten należy do comarki barcelońskiej, aczkolwiek opiekuje się nim miasto Badalona. W Po tym jednym zdaniu można łatwo wywnioskować dlaczego Sant Jeroni jest w tak opłakanym stanie. Ufundowany w 1416 roku klasztor od samego początku miał problemy finansowe, które zażegnali Królowie Katoliccy.

Ferdynand Aragoński oraz Izabela Kastylijska otoczyli to miejsce szczególną opieką. Po ataku na króla, który miał miejsce 7 grudnia 1492 roku, przy wyjściu z Palau Reial Major w Barcelonie, król odbywał tam kilku miesięczną rehabilitację. Ferdynand został zaatakowany przez jednego z wieśniaków, który o mały włos nie odciął mu głowy! Tylko cudem przeżył niespodziewane natarcie, a sam sprawca – Joan de Canyamars… umierał w strasznych męczarniach. W kwietniu 1493 roku doszło tu do historycznej audiencji, gdzie Królowie Katoliccy podjęli Krzysztofa Kolumba wracającego z wieściami o Nowym Lądzie. Na wspomnienie tych wydarzeń krużganek klasztoru udekorowany został wizerunkami postaci z nimi związanymi, a także wizerunkami innych, ważnych osobistości jak Ramón Llull czy król Carlos I.

Wybrane pozycje to zaledwie szczypta tych, które reprezentują gotyk w Barcelonie. Ten czai czai się tu przecież za każdym rogiem. W przebraniu lub bez, zapewne historie innych obiektów są równie interesujące. A Wy? Znaliście wcześniej te miejsca? Może znacie jakieś inne, których tutaj nie wymieniłem? Być może któreś szczególnie przypadły Wam do gustu? Dajcie znać w komentarzach! :)

Źródła:

Kościół Saint Maclou w Rouen – Symbol rozstroju myśli

Kościół Saint Maclou w Rouen, a raczej jego bryła uznawana jest za majstersztyk gotyku płomienistego we Francji. Jego niesamowicie seksowne kształty zniewalają widza już od pierwszego wejrzenia. Stworzony jako miniatura katedry Notre Dame w Rouen, tworzy idealne dopełnienie uroczych domków z szachulca oraz gotyckiego kościoła Saint Ouen i oczywiście dla swego pierwowzoru.

Kościół Saint Maclou w Rouen: Prace w tempie lodowca

Kościół poświęcony został VII-wiecznemu świętemu z Bretanii – Malo d’Aleth, jednak jego istnienia niestety nie potwierdzają żadne źródła historyczne. Nazwa Saint Maclou pochodzi od angielskich wyrazów Mac, oznaczającego syna i Cloud – oznaczającego chmurę.

Historia obecnej świątyni zaczyna się stosunkowo późno, bo w 1437 roku, lecz z całą pewnością w mieście istniała wcześniej kaplica poświęcona właśnie świętemu Malo. Podaje się, że była ona istotnym punktem Rouen już od 1203 roku. Trawiona przez pożary i odbudowywana w podobnej formie, wciąż nie mogła sprostać stale wzrastającej liczbie wiernych.

W obliczu takiego obrotu sprawy le duc de Bethfort wystosował do arcybiskupa Huguesa prośbę o pozwolenie na budowę większej świątyni. Oczywiście odpowiedź była pozytywna – mało tego wszyscy, którzy podarowali jakiekolwiek pieniądze na rzecz budowy nowego kościoła, mieli zagwarantowany czterdziestodniowy odpust. Parafianie okazali się być nadzwyczaj hojni, a najbardziej szczodrym pośród nich byli Pierr Dufour i jego rodzina. Nie tylko zasłużyli sobie na odpusty, ale również na wieczny spoczynek w tym miejscu o czym świadczą inskrypcje nagrobne.

Naturalny niejako w tej całej historii jest fakt, że ani sam arcybiskup ani inicjator pomysłu nigdy nie zobaczyli nawet ścianki tego kościoła. Po powstaniu planu budowy w 1432 pomysł na wykonanie umarł śmiercią naturalną i nikt nie poczynił większych kroków, aby rozpocząć jakiekolwiek prace! To znaczy owszem, położono kamień węgielny, ale prace jeśli poruszały się w jakimkolwiek tempie, to było to tempo lodowca! Do roku 37, kiedy do miasta przybył architekt Pierre Robin. 19 maja tegoż roku zatwierdzono księgę rachunkową na kwotę 43 liwr i 10 solidów.

Prace posuwały się tu tak szybko, że 35 lat później kościół Saint Maclou w Rouen był już praktycznie skończony. Konsekracja została dokonana jednak dopiero 25 czerwca 1521 przez wpływowego kardynała Georgesa d’Amboise. Do naszych czasów przetrwała cała dokumentacji, łącznie z imionami budowlańców, ich wynagrodzeniem czy sposobem wypłaty oraz innymi benefitami.

Wrota z Saint Maclou

Płomienista bryła kościoła została naszpikowana nie tylko lasem pinakli, kwiatonów, żabek, czołganek, wimperg i innych wspaniałości wykształconych w swoim stylu, ale i pięknymi drzwiami! W 1846 roku* pisano, że opactwo Westminister czy kościół świętego Marka w Wenecji, a nawet bazylika św. Piotra w Rzymie nie ma tak pięknych drzwi jak kościół Saint Maclou w Rouen. Dodatkowo misternie zdobione rzeźbionymi figurkami drzwi Saint Maclou w Rouen powstały z drewna dębowego, a nie z brązu jak te wcześniej wymienione. Ich autorem był Gean Goujon, słynny francuski rzeźbiarz doby rządów Walezjuszy – Franciszka I i Henryka II.

W skrupulatnie wykonanych medalionach portalu głównego umieszczono sceny Chrztu czy Obrzezania, którym towarzyszą figury Ojców Kościoła i Profetów. U dołu zaś umieszczono antaby o głowie lwa. Po wewnętrznej stronie znalazły się natomiast medaliony przedstawiające Jezusa i Maryję. W najstarszym portalu – z 1552 roku (Le porte de Fonts) Goujon umieścił parabolę Dobrego Pasterza  w otoczeniu apostołów i profetów u góry i scenę przedstawiającą Mojżesza na Górze Synaj w takim samym towarzystwie u dołu. Dodatkowo obie części zawierają pomniejsze sceny Boga Stwórcy i bawiące się dzieci. Najbogatsze zdobienia posiada jednak Portal Północny (Portail Nord) gdzie przedstawiono sceny ze Starego i Nowego Testamentu.

Niestety już w 1562 roku kalwiniści dopuścili się ataków na tę część wyposażenia. Siekierami rozprawili się z dziełami Goujona, rabując przy tym detale wykonane ze srebra. W 1793 roku kilka figur świętych zostało dekapitowanych przez dziecko!

Wnętrze Saint Maclou

Kościół Saint Maclou w Rouen dzisiaj to zaledwie cień splendoru, który płomienista budowla utrzymywała do II wojny światowej. Trudno w zasadzie rozpisywać się na ten temat, mając na względzie to jak kościół wyglądał zanim dwie bomby zniszczyły to, co w świątyni najcenniejsze: prezbiterium i ambit. Działania wojenne nie oszczędziły także prospektu organowego, odbudowanego w drugiej połowie XX wieku. Początkowo organy zlokalizowane były w samym centrum kościoła, na lektorium. W XVI wieku okazało się jednak, że miejsce to nie spełnia oczekiwań i przeniesiono je na emporę nad portalem głównym, gdzie znajdują się do dziś. Prowadząca na nie klatka schodowa była niegdyś częścią wspomnianego lektorium.

Elementem, który umknął przed zawieruchą zarówno pierwszej jak i drugiej wojny światowej są XV-wieczne witraże. Przechowywane w bezpiecznym miejscu przetrwały w zdecydowanej większości. Kilka brakujących szkieł zaprojektował Le Chevallier.

Dowód wielkiego rozstroju myśli

Kościół Saint Maclou w Rouen oprócz tego, że jest sztandarowym przykładem gotyku płomienistego, jest także prekursorem w tym temacie. Poza cechami opisanymi już przy okazji wizyty w kościele opackim świętego Audeona w Rouen (Saint Ouen), architekt z Saint Maclou wprowadza kilka kolejnych cech**: poligonalną kruchtę, promieniście rozchodzące się kaplice i przęsła o niejednakowej wielkości.

Dobrze, trzeba od razu nakreślić, że elementy te stosowane były już na długo przed Pierrem Robinem, na przykład filary osiowe obecne tu pojawiły się w Czechach w niepozornym kościele św. Bartłomieja w Kolinie. Pomysłodawcą tego rozwiązania był Petr Parléř, a spodobało się ono tak bardzo kolejnym architektom, że przenieśli je do Landshut, Solnogrodu czy nawet Pamplony. I to wszystko na długo zanim pojawiło się ono w Normandii. Robin był pewnie świadomy tworzenia mieszanki technik z wielu krajów wschodniej Europy, ale wyróżniającą ten miks cechą było pozbawienie go symboliki, znaczenia strukturalnego, odrzucenia tradycji i ascetycznej formy.

Wizja nowej świątyni stała się zatem zbiorem tego, co gotyk miał najlepsze. Pieczołowicie wystudiowane parametry Robin przedstawił w pompatycznej, aczkolwiek niezwykle eleganckiej bryle. Te na pozór niewiele znaczące elementy wskazują jednak jednoznacznie na upadek charakterystycznej dotąd symboliki struktury kościoła na rzecz obfitych zdobień. XIX-wieczny historyk sztuki – Henri Focillon określił to jako: „Dowód wielkiego rozstroju myśli (gotyku)”. Rozstrój ten jednak stał się inspiracją dla kolejnych budowli w tym dla Wieży Maślanej w katedrze Notre Dame w Rouen (1506) oraz dla Pałacu Sprawiedliwości (1499) (Palais de Justice).

Sztandarowa bryła „płonąca”

Z powodu braku odpowiedniego kruszcu do wzniesienia świątyni zdecydowano się na transport wapienia z odległego około 60 kilometrów miasta Vernon. Jego kompaktowy i jednolity plan składa się z trzech naw – głównej i dwóch bocznych, otoczonych wieńcem kaplic i transeptem, który wkomponowany jest jednak w nawy. U jego skrzyżowania z nawą główną znajduje się latarnia. Wydłużone prezbiterium otoczone jest promieniście rozchodzącymi się kaplicami.

Fasada zachodnia ozdobiona jest kruchtą zwieńczoną pięcioma fantazyjnymi wimpergami. Te z kolei wypełniono maswerkową dekoracją w kształcie rybiego pęcherza oraz figurami. Zewnętrzne ramy wimpergi pokryto czołgankami i zakończono kwiatonami z wyjątkiem wimpergi portalu głównego. W głębi utworzono galerie, jedną za wspomnianą wimpergą portalu głównego, a drugą nad rozetą. Łączy ona dwie wieżyczki w których znajdują się klatki schodowe. Punktem kulminacyjnym jest 89-metrowa latarnia wyłaniająca się zza pinaklowego lasu.

Obiekt zbudowany przez Pierra Robina miał 54 metry długości 25 szerokości. Wysokość od podłoża do sklepienia chóru wynosiła 25 metrów, a od podłoża do latarni metrów 40. Interesującym jest fakt, że do huraganu w 1706 roku istniała tu 85 metrowa dzwonnica ozdobiona wieżyczkami. Resztki zniszczonej konstrukcji rozebrano dopiero w roku 1794, a działania wojenne 1944 roku przyspieszyły jej odbudowę. Bogato zdobiony wewnątrz jak i na zewnątrz, kościół Saint Maclou w Rouen, miał być najpiękniejszym w mieście.

Aître Saint-Maclou

Choć aître w języku francuskim dziś już praktycznie nie funkcjonuje, to w wiekach średnich stanowiło ono synonim dla słowa cmentarz. Wywodzące się z łacińskiego atrium przetrwało, aby przypomnieć nam o jednej z największych tragedii w historii ludzkości – czarnej śmierci. Zlokalizowane w północnej części Saint Maclou miejsce spoczynku szybko przepełniło się, gdy dżuma zabrała ¾ parafian w 1348 roku. Aby pomieścić wciąż rosnącą liczbę ofiar zdecydowano się na zakup nowego terenu w pobliżu kościoła.

Niecałe dwa stulecia później zakup terenu okazał się świetnym posunięciem, jako że przez Europę przechodziła kolejna fala śmierci morowej. Problemem było jednak powiększenie terenu, który przez lata ściśle zabudowano. Zdecydowano się zatem na budowę specjalnego składu kości, których wykopanie umożliwiłoby złożenie do masowej mogiły kolejnych nieszczęśników. XVI-wieczny prototyp kostnicy wzniesiono zaś bez zbędnych otworów, a z zewnątrz udekorowano motywem danse macabre. Od 1651 roku budynek w nieco dostosowano do pełnienia funkcji szkoły, którą z przerwami pozostawał do 2014 roku.

Aby dojść do tego miejsca należy podążać ulicą Martain Ville aż do numeru 180. Po przejściu przez bramę dojdziemy do miejsca przeznaczenia. Spokojne miejsce w środku miasta przypomina nam o kruchości życia i przemijaniu. Cały efekt wzmacniają też ornamenty z czaszek i kości oraz fakt, że pod nami znajdują się wciąż niezliczone ilości ludzkich szczątków i to w całkiem dobrym stanie…

Źródła:

Kolonia i okolice (Paderborn, Xanten, Kleve)

Minął właśnie dokładnie czwarty rok od kiedy ostatni raz przekroczyłem próg katedry w Kolonii. Choć było już jasno, dzień wcale nie zapowiadał się na słoneczny, ale czego tu oczekiwać od lipcowej pogody? W lipcu przecież zawsze pada, a już zwłaszcza w dzień moich urodzin. Ale gdzieżby deszcz mógł przeszkadzać mi w czerpaniu przyjemności? No mógłby, szlag! Przyznaję, że ma on swój urok, ale najlepiej jak już jest po nim. W każdym razie, po wyjeździe z podziemnego parkingu, wypucowane autko smagać zaczęły delikatne kropelki wody. 5 kilometrów dalej wjechaliśmy w dystrykt mordoru – nieustającej fali, która po chwili wprowadziła nutę niepokoju. No może nie tak po chwili, bo po dwóch godzinach i nie nutę, a raczej całą symfonię!

Paderborn – nad najkrótszą rzeką w Niemczech

Podążając asfaltową namiastką via Regia, przebijając się przez fale wzburzonego deszczu i mnożące się wypadki, uprzyjemnialiśmy sobie drogę pogaduszkami z tak zwanej dupy, a królowała pośród nich świeża anegdotka z Bla Bla Cara. Pomijając fakt, że zgubiłem 200 złotych tuż przed wyjazdem anegdotka była zbawienna. Pani więc, wyobraźcie sobie, chciała żebyśmy odebrali jej męża z Opola – jadąc z Wrocławia do Paderborn. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Ludzie nie znają litości, przecież to się w ogóle nikomu nie kalkuluje! Przewidziana na 705 kilometrów podróż do miejsca przeznaczenia zajęła nam  łącznie 7 godzin. Zaparkowanie auta w centrum nie było jednak możliwe, ale szybko udało się znaleźć parking przy dworcu kolejowym na Bahnhoffstrasse. Parking nie jest darmowy – każde pół godziny kosztuje tu 0,50 EUR.

Miłośnicy architektury powinni rozważyć ten punkt na trasie do Kolonii. Warto rozejrzeć się po romańskich kościołach św. Urlyka oraz świętych Piotra i Pawła. Niezaprzeczalnym jest fakt, że najciekawszy punkt tego przystanku to Paderborner Dom – romańska katedra pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny i św. Liboriusza oraz Kiliana (niem. Der Hohe Dom St. Maria, St. Liborius, St. Kilian). Jej charakterystyczna masywna bryła, w czasie swej świetności stała się wzorem do naśladowania dla kościołów w niedalekim Soest czy Freckenhorst. Bez cienia wątpliwości można przyznać jednak, że katedra w Paderborn to prawdziwy majstersztyk w porównaniu z wymienionymi obiektami. To właśnie tutaj, nad najkrótszą rzeką w Niemczech, w roku 799 doszło do spotkania papieża Leona III i Karola Wielkiego na którym uzgodniono utworzenie biskupstwa paderborńskiego oraz koronowanie Ojca Europy na cesarza.

W 836 roku sprowadzono tu z katedry w La Mans relikwie św. Liboriusza z czym związana jest legenda tragarzy, który zmarli po złożeniu szczątków w nowym miejscu. Do dziś, w ostatnim tygodniu lipca świętuje się Liboria na cześć kultu św. Liboriusza, a to wszystko za sprawą duchów owych tragarzy! Kiedy smagane przeciwnościami losu i nacechowane upadłością moralną miasto zapomniało o swoim patronie, pewnej gwiaździstej nocy duchy wyszły z krypty, by im o tym przypomnieć… Będąca mieszanką romanizmu i gotyku katedra w Paderborn otoczona jest wieloma legendami, które pobudzają wyobraźnię.

Jeśli przemknie Wam przez myśl pytanie, co stało się z gotyckim wyposażeniem świątyni, odpowiedź znajdziecie tuż obok – w Muzeum Diecezjalnym. Bilet wstępu to koszt 4 EUR, z zakazem robienia zdjęć. Wstęp do samej katedry czy do kościołów jest całkowicie darmowy. Warto też zajrzeć do romańskiej kaplicy Bartholomäuskapelle, zlokalizowanej tuż za katedrą oraz do gotyckiego Busdorfkirche przy Am Busdorf 6-8.

Przygoda z Airbnb, czyli jak tanio podróżować

Wcale nie tak późnym wieczorem nareszcie trafiliśmy do Kolonii, by stanąć w obliczu wyzwania pod tytułem: Airbnb. (Być może niektórzy z Was kojarzą ten portal, a dla tych którzy go nie znają krótki opis jego działania poniżej.) Zwyczajnie spotykasz swojego hosta, ale nam nie udało się to chyba ani razu, a było ich już kilku… W każdym razie dostaliśmy logiczne wytyczne i poradziliśmy sobie z questem odnalezienia klucza bez problemu. No i w środku milusio, przytulnie, równa warstwa kurzu pokrywa meble, jak to w domu.

Naraz przychodzi sms, że pancia przeprasza, ale jej pomoc, która przychodzi do domu nie zdążyła posprzątać. Okej, szkoda, że laska nie wie, że ta pomoc chyba tu nigdy nie zagląda. Ba! O ile w ogóle istnieje! Kolejny sms był ostrzeżeniem o brudnej pościeli, a następny o niedziałającym wi-fi. Zrobiło się zabawnie, ale słowo się rzekło – kobyłka u płotu: trzeba było zostać. Ostatnia kwestia pozostawała jednak wciąż otwarta: czy my aby nie zakleimy się w tej pościeli… w jakiś kokon na przykład?

No dobra, może trochę przesadziłem. Demonizuję jak zwykle. Nie zakleiliśmy się! Jeśli cenne są dla nas fundusze warto skorzystać z wynalzaku, jakim jest Airbnb. Jak już pisałem podczas wyjazdu na Litwę: możemy znaleźć nocleg po konkurencyjnej cenie w domu u tubylców. To czy wynajmujemy całe miejsce czy tylko pokój zależy od naszych potrzeb. Brzmi łatwo? Tak jest! Zapraszam Was do skorzystania z takiej opcji z obopólną korzyścią. Po rejestracji na portalu otrzymujecie 18 EUR zniżki na pierwszy nocleg, który możecie wykorzystać gdzie tylko chcecie! Resztę doczytacie w regulaminie na stronie portalu. To jedna z odpowiedzi na pytanie jak tanio podróżować?

Oto link: www.airbnb.pl/c/dareks1?s=8

Dzięki niemu jesteście o kilka stówek do przodu, jeśli to wyjazd na dłużej ;) Wierzcie mi, nie trzeba być bogaczem, aby podróżować często! A przygód i opowieści dzięki, choćby Airbnb, co niemiara!

Kolonia – fotomorgana dawnej świetności

Tego miasta chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Naznaczona przez II wojnę światową Kolonia dzisiaj świeci pięknym blaskiem, choć cały splendor i bogactwo architektoniczne poprzednich epok ugięło się wówczas pod ciężarem bomb i gruzu. Wygląda na to, że czas wyleczył tu rany, na pozór jednak bowiem dwanaście romańskich kościołów na zawsze będzie nosić piętno tamtych wydarzeń. Pozbawione swojego ducha, dziś są jak cienie, blizny na mapie potężnego miasta, wabiąc turystów fotomorganą dawnej świetności do multikulturowego mrowiska. Nad nimi góruje zaś katedra, ta która przetrwała setki lat i zniszczenia wojenne. Wszystko to, by zmierzyć się z kwaśnymi deszczami i zanieczyszczeniem – jej największymi wrogami…

Katedra w Kolonii pod wezwaniem św. Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii (niem. Kölner Dom, oficjalnie Hohe Domkirche St. Peter und Maria) jest zdecydowanie najbardziej rozpoznawalnym elementem miejskiej panoramy, a jej budowa trwała prawie 600 lat! Obecny wygląd świątyni to zasługa XIX-wiecznego nurtu romantycznego i okupacji francuskiej, która stworzyła z niej symbol zjednoczenia. Wcześniej zaś reprezentowała potęgę miasta, chylącego się ku upadkowi wraz z odkryciem Nowego Lądu, pod koniec XV wieku. Miejsce przechowywania szczątków Trzech Króli po dzień dzisiejszy jest jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymek na świecie. Oprócz zespołu średniowiecznych witraży i dzieł sztuki gotyckiej, jak na przykład Madonna Mediolańska, katedralny skarbiec skrywa całą gamę cennych artefaktów różnych epok. Świetnym uzupełnieniem tego bogactwa jest Muzeum Wallraf-Richartz, które oferuje nam jeden z największych zbiorów malarstwa i grafiki średniowiecznej w kraju oraz inne, aż do okresu międzywojennego.

Oprócz zwiedzania katedry warto podjąć się wyzwania zdobycia szczytu jej wieży, a zadanie to wcale nie jest łatwe! Ilość ludzi, która wędruje w ścisku tylko po to, by zobaczyć panoramę miasta, jest naprawdę imponująca. Ukojenie po trudach przebywania w ciżbie przyniesie na pewno pożywne jadło i napitek, którego tak pełno w pajęczynach serca miasta. Kiełbasa z sałatką ziemniaczaną i zimne piwo to zaledwie wstęp do niemieckiej, solidnej kuchni. Tych, których mięso, ryby i ziemniaki nie przekonają szczęście odnajdą w Muzeum Czekolady (niem. Imhoff-Schokoladenmuseum). Wstęp to koszt 9 EUR, ale możliwość degustacji to kwota nieco… wyższa (link poniżej).

Kolonia oferuje nam całą masę atrakcji, poza strefą sacrum i muzeami. Przyznaję, że nie udało mi się zobaczyć nawet połowy z romańskich kościołów, nie wspominając już o tych gotyckich czy barokowych. W weekend lub nawet w tydzień to raczej niemożliwe – fakt nad którym ubolewam. Nie samymi kościołami jednak żyje człowiek. Przyjemnie jest zwolnić na chwilę, spacerując przez Rheinboulevard z którego roztaczają się piękne widoki na katedrę, stare miasto oraz Most Hohenzollernów. Moim ulubionym miejscem stał się Deutzer Brücke z którego pięknie widać także kościół św. Marcina (niem Groß St. Martin). Ta romańska świątynia stanowi niesamowite dopełnienie dla uroczych, kolorowych kamienieczek przy dawnym Rynku Rybnym (niem. Fischmarkt). Obecnie to tętniąca życiem część – miejsce spotkań podobne mrowisku, które potężną falą wlewa się do przybulwarowych restauracji i pubów. I jest jeszcze ratusz z wymowną konsolą Konrada von Hochstaden :)

Xanten – poza granicami wyobraźni

Kolonia Kolonią, ale prawdziwa przyczyna tej podróży to stosunkowo mała miejscowość na północ od naszego miejsca docelowego – Xanten. Uwielbiam miasta w których ludzie uprawiają beznamiętną pogoń za nieubłagalnym czasem, ale prawda jest taka, że w tym miasteczku wszystko jest zupełnie inne. Czas wydaje się nie mieć tutaj znaczenia, a tłumy ludzi oblegają ryneczek, ślamazarnym krokiem stanowiąc przeciwwagę dla szybkiej Kolonii. Tutaj naprawdę można odpocząć! Być może właśnie taki stan rzeczy wpływa na to, że ludzie są w tym miejscu o wiele bardziej pogodni. Może to czyste powietrze, a może pastylki szczęścia? Zbierając myśli to chyba najbardziej przyjazne miasto jakie przyszło nam zobaczyć w Niemczech. Muszę przyznać, że ta życzliwość wydała mi się nawet nieco podejrzana!

Zepchnięte totalnie na ubocze turystyczne Xanten to miasto sięgające swą historią roku 5500 p.n.e. Niewątpliwie najważniejszym okresem dla jego rozwoju było założenia tu w 98 roku p.n.e. kolonii rzymskiej Colonia Ulpia Traiana, której relikty na ogromnym obszarze zachowały się do dziś. Dzięki łaskawemu obejściu się z nimi przez wszystkie kolejne epoki, w  roku 1977 udało się otworzyć Park Archeologiczny (niem. Archäologische Park Xanten (APX)). Zrekonstruowane miasto  posiada między innymi amfiteatr czy łaźnie, przenosząc nas do czasów dawno minionych. Punktem kulminacyjnym tej podróży jest Muzeum Rzymskie (niem. LVR-Römer Museum Xanten), gdzie zgromadzono pokaźną ilość artefaktów – także tych z wykopalisk na terenie parku. Rzymska przygoda to koszt 10 EUR i pół dnia wyjęte z życiorysu. Latem natkniemy się zapewne na festiwale czy rekonstrukcje bitew.

Łatwo wyczuć, że nie zjawiliśmy się tutaj dla rzymian, bynajmniej! Czytanie lub prowadzenie bloga ma wiele zalet, a jedną z nich jest ciągłe odkrywanie nowych miejsc. Na Xanten napatoczyłem się podczas tworzenia wpisu o kościele św. Trójcy w Strzelnie, patrząc na jego piękno z lekkim niedowierzaniem. Romańsko-gotycka katedra w Xanten pod wezwaniem św. Wiktora (niem. Xantener Dom) zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest po prostu piękna! Ukończona w 1544 roku świątynia powstawała prawie 300 lat i po dzień dzisiejszy stanowi swoisty skarbiec gotyckiej sztuki sakralnej. Aż trudno uwierzyć, że zniszczenia wojenne były tu „poza granicami wyobraźni”.

Szczęśliwie udało się zachować wszelkie artefakty, a część z nich stanowi wyposażenie Muzeum Kapituły (niem. Stiftsmuseum Xanten). W kwocie 2 EUR możemy obcować z ogromną ilością wysokiej klasy zbiorów, a co porażające, to nieskończone stronice pergaminu i ksiąg, które chłonąć można by całymi dniami! Oprócz samej katedry i Rzymian, w Xanten warto też zobaczyć słynny, XVII-wieczny wiatrak (niem. Kriemhildmühle) oraz Klever Tor (bramę miejską) z końca XIV wieku.

Kleve i złodziej relikwii

Kleve – miejsce urodzenia Anny – czwartej żony Henryka VIIII i Ottona III – miejscowość tuż przy granicy z Holandią to już zdecydowanie inny świat. Czy są tutaj jeszcze jacyś Niemcy?! Z daleka migocze potężna wieża zamku Schwanenburg oraz wieże kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny (niem. Stiftskirche Kleve), z bliska zaś przewijają się niezliczone ilości rejestracje holenderskie, wprowadzające lekką konsternację. II wojna światowa zrobiła tu co swoje, ba, zrobiła nawet więcej niż trzeba było. Wszystko wygląda jak jedna wielka rekonstrukcja, zła rekonstrukcja. Zamek w Kleve rozczarował nas już przed samym wejściem, więc ostatecznie zrezygnowaliśmy z eksploracji. Nie wiem dlaczego, ale chyba zbyt duże nadzieje wiązałem z tym miejscem. Tak to już jest, najpierw się na coś nastawiasz, a później klops!

Jedynym zatem godnym odwiedzenia miejscem wydał się być wspomniany wyżej kościół. Widoczny wpływ działań wojennych objawia się w pustej przestrzeni, pozbawionej praktycznie dekoracji. Gotycki ołtarz główny i relikwie świętego Wojciecha – tak, tego samego! – stały się dla mnie łakomym kąskiem. W kościele, jak i w okolicy panował zupełny spokój do czasu kiedy nie wszedłem na teren kościoła. Zdeterminowany podążałem między filarami pod ołtarz główny, gdy nagle uruchomiłem alarm! Matko bosa, jak to wyło!

Okazało się, że przestąpiłem już próg prezbiterium i tak oto stałem się złodziejem relikwii! Co prawda nic nie wyniosłem, ani nie zrobiłem nawet zdjęcia, ale byłem o krok od zawału. Przez pierwsze 15 sekund nie byłem pewien czy mam uciekać czy stać w miejscu. Niesamowity huk i pękające bębenki w uszach w końcu zadecydowały o wyjściu na zewnątrz, gdzie czekaliśmy aż pan wyłączy alarm i zechce nas przesłuchać. Ewidentnie nie było to konieczne, bo wkrótce mogliśmy odmaszerować z miejsca zbrodni. Tak, nie zauważyłem tabliczki zabraniającej wejście na chór. Zawsze respektuję tę zasadę, jeśli tabliczka jest widoczna, ale ta tutaj chyba nikogo by nie ostrzegła. Dzień w Kleve zakończył się właśnie w ten sposób i tylko znalezienie 20 EUR w Kolonii poprawiło mi lekko humor. W końcu dwudziestka piechotą nie chodzi, a chłopaki jeść muszą!

Dzień powrotu do rzeczywistości całkowicie zmienił bieg wydarzeń i zamazał wszystkie niemiłe wspomnienia, być może zamazał nawet część tych miłych. Już dawno nic nie urzekło mnie jak… To chyba opowieść na inny raz. Z wyżej wymienionych miejsc Xanten stało się moją małą perełką,

a Wam, które miasto przypadło najbardziej do gustu?

Linki:

Zwiedzanie kościołów w Polsce powinno być zakazane!

Zapewne spłonę w piekle za uchylenie rąbka tajemnicy, ale jest pewien problem i trzeba go rozwiązać. Długo zastanawiałem się nad tym tematem i po batalii z samym sobą doszedłem do prostego w zasadzie wniosku: zwiedzanie kościołów w Polsce powinno być zakazane! Zapewne dziwi Was takie podejście do sprawy, ale jak się okazuje ułatwiło by to życie podróżnikom i innym zainteresowanym sztuką sakralną. A przede wszystkim przedstawicielom kleru! Dlaczego? Przykłady mnożyć można… i mnożyć!

Uwaga: Zdjęcia przedstawiają obiekty sakralne z Polski, aczkolwiek nie należy łączyć ich z przykładami w których nie przytoczyłem konkretnego miejsca.

Odwieczny problem z grafikiem

Odwiecznym problemem w zwiedzaniu kościołów jest przede wszystkim dostęp do nich. Najprościej w świecie są one zamknięte, bo nikt nawet nie przypuszcza, że istnieją ludzie, którzy chcieliby móc wejść do Domu Bożego poza wyznaczonym harmonogramem. No właśnie! Skoro to jest tak zwany Dom Boży, to chyba z urzędu powinien stać dla wiernych otworem? Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Nie chciałem porównywać Polski do Francji czy Niemiec, ale chyba to się nie uda. We Francji dwa razy zdarzyło mi się, że kościół był zamknięty. W Niemczech tylko raz. Na setki obiektów, które zobaczyłem to dość niewielki procent. Jak wiadomo francuskie kościoły naszpikowane są często bezcennej wartości dziełami, a mimo to nikt nie zamyka ich na trzy spusty. Co w takim razie znajduje się w naszych kościołach, że ciągle trzymane są pod kluczem? Przecież plastikowych wazonów czy imitacji kwiatków nikt stamtąd nie wyniesie!

Abstrahując od wartości potencjalnych artefaktów i argumentu jaki teraz zakłębi się w Waszych głowach, że Polacy wszystko wyniosą i zniszczą można to przecież rozwiązać. Sprawa jest prozaicznie prosta, dlaczego by nie zostawić klucza na plebanii? Teoretycznie zawsze ktoś tam urzęduje. Jako przykład nasuwa mi się wizyta w Legnickim Polu. Słoneczne, niedzielne popołudnie, dookoła pies się nie żeni. Na drzwiach karteczka, że klucz  na plebanii po drugiej stronie ulicy. No spoko. Dzwonimy domofonem do plebana. Nic. Do innej jego eminencji. Nic. Nawet kucharka nie odpowiada. Na drzwiach jednak informacja o posłudze podczas ostatniego namaszczenia – kiedy bądź! O każdej porze dnia i nocy. Otóż nie chcę nikogo martwić, ale wygląda na to, że ostatnie namaszczenie nigdy nie nadejdzie. A ja się o klucz martwię, kiedy w grę wchodzi wieczne zbawienie.

Rozwiązanie z kluczem na plebanii, tak jak zresztą zostawienie otwartych drzwi – nietrafione. No to co? To może grafik dla zwiedzających? Czemu nie, ale… no właśnie pani w Chełmnie z kolei powiedziała nam, że miasto nie ma pieniędzy żeby płacić osobie, która pilnowałaby każdego kościoła. Stąd otwarte dla zwiedzających są wyłącznie dwa. Wolontariusze? Studenci? Może ktoś komu sprawi przyjemność pilnowanie takiego obiektu. Nie oszukujmy się, w tej kwestii da się wymyślić wiele rozwiązań. Ale, ale! A gdyby tak po prostu zostawić klucz u osoby, która pełnić będzie „dyżur”, ale w domku – u siebie? We Francji, w miejscowości Morienval, która szczyci się wspaniałym kościołem romańskim z niesamowitą ilością relikwii i rzeźb gotyckich zadziałało. W gablotce przy drzwiach podano numer telefonu i adres osoby kontaktowej. Przemiły, starszy Pan poprosił o dowód osobisty i w zamian dał nam klucz. Dzięki temu spędziliśmy w kościele dwie godzinki mogąc bez pośpiechu podziwiać i robić zdjęcia do woli. Oczywiście wszystko w ramach rozsądku i poszanowania dla tego miejsca. Uważamy się za osoby myślące, więc zachowaliśmy powagę i ciszę. Nie wynieśliśmy też żadnej relikwii, ani nie próbowaliśmy się nigdzie włamać. Można? Można!

Polak człowiekowi wilkiem

Poszanowanie dla miejsca sacrum to zdecydowanie ważna sprawa, jednak człowiek z aparatem w parafialnym kościele w Koziej Wólce wciąż budzi zainteresowanie. Niestety wydźwięk tego słowa jest tutaj jak najbardziej negatywny, co zresztą zaskakuje! Faktycznie jedyna możliwość, jaka pojawia się na zobaczenie i sfotografowanie kościoła to dziura między kolejnymi mszami. Podczas gdy rzesze ludzi wymieniają nagrzane dla nich ławeczki, my kroczym między nawami przyglądając się najmniejszym detalom. Za nami wodzą zaś nieprzyjaznym wzrokiem wierni, którzy o dziwo zamiast poświęcać czas na medytację, komentują frywolnie naszą obecność. Temat wprawdzie jest drażliwy, a granica dość cienka. Staramy się swoją obecnością nie zwracać uwagi, nie rozstawiamy trypodu podczas przerwy między mszami, nie paradujemy w nawie głównej, więc nie powinno być problemu. A jest. Dlaczego? Nikt tego nie wie.

Pośród co najmniej kilkunastu kościołów w dwóch udało się to, co niemożliwe. Sfotografowanie pomiędzy mszami, gdzie ludzie byli uśmiechnięci i zapraszali nas do środka. Wiejski kościółek doby gotyku w małej miejscowości Rokicie, pomiędzy Włocławkiem i  Płockiem, nieoczekiwanie stał się oazą uśmiechu i gościnności. Kolejnym był kościół w Łasku do którego zaprosił nas tamtejszy ksiądz i zafascynowany opowiadał nam historię tego miejsca. Widząc ciepłe przyjęcie, ludzie nie patrzyli już na nas jak na kosmitów, a raczej jak na członków ich wspólnoty. Przykładów niestety w tym przypadku nie da się mnożyć.

Bo ksiądz nie lubi

Nie wiem jednak co jest najgorsze w samym zwiedzaniu zabytków sakralnych w Polsce, czy wierni patrzący spod byka (gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno gryźlibyśmy ziemię) czy osoby odpowiedzialne za kościół (kler w znacznej większości). Z tej strony chyba spotkaliśmy najwięcej niezrozumiałego oporu. Znów chętnie przytoczę przykład Francji, gdzie wejście na prezbiterium nie jest niczym niesamowitym. Nie jednak w strzegomskiej bazylice. Robiąc zdjęcia sakramentarium, które znajduje się w części chóru musiałem nadepnąć na schodek, by złapać pożądany kadr. Za „próbę wtargnięcia” do strefy duchownych zostałem zbesztany przez zakonnicę, która zareagowała jak oblana wrzącą oliwą, kwitując: „jak zostanie pan księdzem, to wtedy na prezbiterium wpuścimy!” Przyznam, że miałem całkiem trafną ripostę, ale ze względu na dobre wychowanie ugryzłem się mocno w język. Skoro tylko księża mają wstęp do tej strefy to co robiła tam zakonnica? Hmm…

Wbrew pozorom nie wyprowadziła mnie ona tak mocno z równowagi, jak pani „kościelna” w Wierzbnej na Dolnym Śląsku. Wyczekaliśmy dwie godziny pod romańską świątynią, tylko po to, by usłyszeć, że „ksiądz nie lubi jak się robi zdjęcia w jego kościele”. To fraza, która zadziałała na mnie jak płachta na byka, ale i tym razem nie mogłem pozwolić sobie na żaden wywód. Albo gryzę się w język, albo nie zobaczę kościoła, który mnie interesuje. Niestety, to sytuacja podbramkowa. Teraz jednak zapytuje się „od kiedy księża są właścicielami kościołów?” Niestety większych bredni już dawno nie słyszałem, ale księża zwłaszcza na wsiach traktowani są wciąż z niezrozumiałą czcią. Od średniowiecza trochę się jednak zmieniło, więc chyba czas, by społeczeństwo dostąpiło kroku światu. Wiem, że jeszcze wiele czasu musi upłynąć, nim babcie przestaną oddawać  każdy grosz ze swojej ciężko wypracowanej emerytury „dla księdza”. Mam nadzieję też jednak, że z tą zmianą kościół i przede wszystkim jego członkowie otworzą się na wiernych. Nie ma chyba nic gorszego niż zamknięta wspólnota, bo to kojarzy się wyłącznie z sektą.

Zadowolić księdza

Pamiętam jak przez telefon chciałem zaanonsować się na wizytę do kościoła romańskiego w Inowrocławiu. Jak możecie się domyślić pani w słuchawce nie brzmiała na zadowoloną, kręciła nosem, że minimum 5 osób i w ogóle dajcie spokój. Najlepiej żebyśmy nie przyjeżdżali, bo ona ma dzisiaj fryzjera. Ale! Kiedy pani usłyszała o możliwości wpisu na blogu, który przecież jest formą promocji dla kościoła, czekała na nas z otwartymi rękami! Było światło, opowieści, wejścia na emporę, do zakrystii – co tylko! Po skończonej akcji ucieszona pani podsumowała naszą wizytę słowami: „Ksiądz na pewno będzie zadowolony!” Wtedy dopiero poczułem się jak dziwka. Reasumując, wniosek niestety  jest taki, że jak nie prowadzisz strony internetowej czy bloga, to Twoje szanse na zwiedzanie są znikome. W moim mniemaniu tak być nie powinno, ale to proces którym sami ukształtowaliśmy, więc większość i tak nie będzie próbowała tego zmienić. To pewnie głównie dlatego, że Polacy nie są szczególnie zainteresowani swoimi zabytkami. Stąd też nie ma sygnałów, które nasilałyby wydźwięk takich sytuacji.

Zdecydowanie jednak najłatwiej mają u nas obcokrajowcy. Abstrahując, że często otaczamy ich kultem, jakim oni nigdy by się nam nie odpłacili, to kler ich wprost uwielbia. Nie ma chyba nic wspanialszego niż móc przekazać historię kościoła w pompatycznej otoczce łamanej angielszczyzny. Dzierżący w ręku wypaśny aparat niemcy czy francuzi są tu niekwestionowanymi pionierami. Światło, kamera i akcja! Odpowiednie oświetlenie, błysk fleszy, miałem wrażenie że i  Maryja z ołtarza głównego zaczęła pozować do zdjęć, niczym modelka na wybiegu. Odpowiedni nastrój, który tworzyła rytmiczna nuta przerwał na chwilę surowy ton księdza: „Proszę nie chodzić tędy, bo pani sprzątaczka tu sprzątała! Uszanujmy jej pracę!”. -„Ja pierd*lę.”

Fotografować czy nie

Najciekawsze są jednak tabliczki z zakazem fotografowania w kościele. Jak myślicie? Jaką podstawę prawną mają takie zakazy? Tuż po sytuacji, która spotkała mnie w jednym z kościołów na Warmii postanowiłem znaleźć odpowiedź na ten temat w Internecie. Niestety sprawa okazała się nie być aż tak powszechna, ku memu zdziwieniu! Zapytałem więc o to radcę prawnego, specjalizującego się w obsłudze prawnej spółek, a także w sprawach z zakresu prawa autorskiego oraz ochrony wizerunku – Michała Kaczora.

Moje pytanie brzmiało:

Czy kwestie prawne regulują w jakiś sposób zdjęcia zrobione w obiektach sakralnych? Na drzwiach został wywieszony zakaz robienia zdjęć, po czym jednak zezwolono mi na zrobienie kliku fot. Przy tym zastrzeżono, że powinienem mieć zgodę biskupa na ich zrobienie… Kim jest biskup w świetle prawa? I dlaczego kler pozwala sobie na regulowanie takich kwestii, biorąc pod uwagę, że to dobro kulturowe, czyli wspólne. Zwłaszcza skoro remont finansowany jest przez ministerstwo. Prowadzę bloga poświęconego architekturze sakralnej i ta kwestia od dziś stanowi dla mnie zagadkę. Wcześniej nikt nie robił z tego problemu problemu. Mogę w związku z tym upowszechnić takie zdjęcia czy raczej powinienem skontaktować się z biskupem…?

A oto odpowiedź:

Dziękuję za poruszenie tej kwestii. Jest ona bardzo ciekawa.
Z punktu widzenia prawa autorskiego nie ma przeszkód aby fotografować obiekty i dzieła sakralne. Proszę pamiętać, iż fotografia jako taka jest samoistnym utworem, do którego prawa ma fotograf. Jeżeli chodzi zaś o przedmiot fotografowany (np. obrazy, rzeźby) zakładam, iż w większości przypadków są to dzieła bardzo stare, co do których prawa autorskie już wygasły lub w ogóle nie były objęte ochroną (znajdują się w tzw. domenie publicznej). Tym samym nie ma także ryzyka naruszenia praw do takich dzieł (np. praw zależnych, opracowań, reprodukcji itp.).
Zgoda na fotografowanie wnętrz obiektów sakralnych ma w mojej ocenie dwa podłoża. Po pierwsze jest to pewna konwencja, która funkcjonuje w ramach tzw. prawa zwyczajowego. Po drugie jest to też pewne narzędzie do zachowania powagi w miejscu kultu religijnego (w tym kontekście należy przy okazji robienia zdjęć uważać na zarzut obrazy uczuć religijnych lub przeszkadzania w odprawianiu mszy świętej). Na marginesie jedynie wspomnę, iż podobnie jak w przepadku niektórych muzeów – zakaz fotografowania (i zgoda na fotografowanie za opłatą), to niekiedy forma uzyskania dodatkowych wpływów budżetowych dla takiej instytucji.
Pozdrawiam serdecznie,
radca prawny Michał Kaczor

http://www.snaphub.pl/swoboda-fotografowania-czy-nie/40065

Wniosek z tego nasuwa się taki, że wywieszone w Polskich kościołach tabliczki z zakazem fotografowania nie mają racji bytu. Skoro to dobro wspólne, utrzymywane z budżetu państwa, czyli naszych pieniędzy (w horrendalnych zresztą kwotach) to wywieszanie takiego zakazu jest tutaj, mówiąc delikatnie, nie na miejscu. Jeśli zachowujemy się kulturalnie, nie przeszkadzając nikomu podczas obrządków mszy świętej oraz nie robimy zdjęć przy użyciu flasha, który źle wpływa na dzieła sztuki, to nie ma powodów dla których takiego zdjęcia zrobić byśmy sobie nie mogli. Zwłaszcza w dobie, kiedy każdy smartfon posiada wbudowany aparat. Kwestią są głównie ulotne wspomnienia, które każdy przecież chciałby zatrzymać dla siebie. I właśnie zdjęcia nam to umożliwiają.

Zwiedzanie kościołów w Polsce powinno być zakazane!

Co z tego jednak, że można robić zdjęcia przedmiotom, na których utrzymanie łożymy. I tak nakażą kontakt z biskupem, jak na przykład w opactwie cystersów w Henrykowie. Zadowalanie kolejnego księdza i płaszczenie się oraz słuchanie, że nie lubi jak robi się zdjęcia w jego kościele to też słaby wątek. Dla ludzi takich jak ja to kolejny krok do wrzodów żołądka, a po co mamy się denerwować? Czy życie nie jest już wystarczająco skomplikowane, by dokładać sobie kolejnych zmartwień?

Koniec końców, jeśli nie narazimy się kolejnemu księdzu, to na pewno znajdzie się po drodze ktoś, komu będzie przeszkadzać aparat albo brak pokłonu przed każdą figurą. Kiedyś zostaliśmy zbluzgani na czym świat stoi właśnie przed jednym z bocznych ołtarzy za brak kolejnego pokłonu. To jest wiara? To jest postawa chrześcijańska? Jak dla mnie trochę wątpliwa. Jeśli uda nam się przebrnąć przez wszystko, łącznie z nieelastycznym grafikiem to będzie to porównywalne ze zdobyciem K2. Ale czy w imię kilku chwil w kościele jest to opłacalne? A gdyby tak przestać finansować Kościół i zacząć wykorzystywać te kosmiczne fundusze na sprzęt medyczny dla chorych dzieci? Zwiedzanie kościołów w Polsce powinno być zakazane. W ogóle, wchodzenie do kościoła powinno być zakazane. Byłoby znacznie prościej dla wszystkich.

I tak, przysłowie „cudze chwalicie, swego nie znacie” nie ma do końca podstaw. Jak nie chwalić Francji czy Niemiec, skoro tam nikt nie robi problemów ze zwiedzaniem obiektów sakralnych. Księża wchodzą w dyskusję, otwierają się, opowiadają historie. Dlaczego tak nie może być u nas? Skąd taka przepaść? Ile jeszcze czasu musi upłynąć, bo coś się zmieniło?